02 czerwca 2010, 18:54 - środa
komentarze: 0
a życie toczy toczy swój garb uroczy

Leżę własnie z zapaleniem krtani i usiłuję się uczyć na egzamin z mikrobiologii. Usiłuję - to jest odpowiednie słowo - dzisiaj zasnęłam w połowie. Choroba ma niby swoje prawa to raz, a dwa - nie mam już sily na te studia. Powtarzam sobie, że jeszcze tylko dwa zjazdy, dwa egzaminy i wakacje... ale to nie pomaga. Za wiele dostałam w kość od początku, żeby teraz mieć jeszcze 100% sił, energii i wigoru. Więc odpuszczam, trochę odpuszczam.

Anna przyleciała w poniedziałek, a ja nawet nie mogę się z Nią spotkać, bo głosu z siebie na razie nie wydaję. Wkurza mnie to strasznie, bo dawno się nie widziałyśmy no ale wyżej dupy nie podskoczę. Może jutro będę lepsza, wsadzę się w samochód i wyjdę na godzinę. 

Choroba pokazuje mi dokładnie, że jestem sama. Normalnie przy takim bezgłosie słałabym rozpaczliwe w treści smsy do Mamy. Jak boli, jak mi źle, nic nie pomaga, ała, ratuj! A Ona ugotowałaby mi rosół albo leniwe pierożki. I codziennie wysyłałaby wiadomości, dzwoniła. To pierwszy raz, kiedy zauważam Jej brak tak boleśnie, tak codziennie. Dzień Matki na cmentarzu nie miał dla mnie takiego wydźwięku, chrzest Bratanka też nie. Częste wizyty u Taty też są dla mnie jakieś normalne. Tylko ta choroba.

Poza tym mam dwa problemy życiowe - poważny i niepoważny.

Niepoważnie zapomniałam, jak się gotuje. Ja - posiadaczka kolekcji kuchennych gadżetów i książek, kobieta, która powiesiła sobie w kuchni zdjęcia własnoręcznie przygotowywanych potraw.  Nie mam czasu, nie mam pomysłu, nie mam ochoty. Najpierw się odchudzałam (z cudownym skutkiem, teraz wypadałoby wrócić na tę dietę), potem codziennie jeździłam do psów, potem zajmowałam się Mamą i tak oto od pół roku nie przygotowałam obiadu dzień po dniu. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że posiadałam z reguły jeden wolny weekendw miesiącu... najczęściej jakieś święta. W trakcietakiego weekendu trzeba było albo a) posprzątać; b) napić się; c) zająć czymś u Rodziców. No i z tym gotowaniem to kicha wyszła. Ostatnio przygotowałam klasyk - szpinak, kurczak, gorgonzola i makaron. A Tomaszowi nie smakowało. No to jak ja mam gotować, jak jemu nie smakuje. Gdzie te czasy, gdy smakowało mu wszystko i zawsze? Ale mam plan! 13 czerwca mam pierwszy wolny dzień. Tego dnia będę trzeźwieć. Ale w następny weekend zacznę szaleć. Zacznę od przetestowanych już potraw, żeby przypomnieć sobie chwile sławy. A potem powoli, przez całe wakacje postaram się piec i gotować i kombinować. Może się uda.

Problem poważny jest zdecydowanie poważny. Otóż nie umiem być klejem rodzinnym. Nie umiem wytrzymać z moim średnim Bratem. Z Michasiem łączą nas seriale, fantastyka, zimne piwko, gry planszowe, piłka nożna (no dobra, to Tomek a nie ja). Z Adamem... słodkie? That's it? Zrozumiałe, że częściej spotykam się z tym Bratem, z którym mam o czym pogadać, prawda? Który mnie nie krytykuje na każdym kroku. Kiedys teksty w stylu "siostra, weź coś zrób z twarzą, bo masz pryszcza przy pryszczu" odbierałam jako szczerość mile widzianą. Teraz nie umiem. A nawet, jak chcę zrobić coś dobrego do jedzenia, to i tak Bratu najczęściej nie smakuje. Ale nic, tylko dopytuje ciągle, kiedy będziemy go odwiedzać. Uch. Nie wiem, nie wiem, co z tym zrobić.

Ale się żyje.