27 czerwca 2009, 12:25 - sobota
dzieci, przyszłość narodu

Od 22 czerwca jestem Ciocią pięknej Agatki. Mama, Tata i dziecko czują się dobrze i przyzwyczajają się do siebie w domu. Miałam przyjemność zobaczyć moją bratanicę w pierwszej dobie życia. Malutka, pomarszczona i niesamowicie podobna do mojego Brata. Ze względu na potrzebę świeżo upieczonych rodziców do bycia razem, siedziałam tylko 2-3 minuty, zobaczyłam małą, pogratulowałam Monice. Ale cała ja ciągnęłam do tego, żeby ją ponosić, przytulić, mieć przy sobie. Niestety. Macierzyńska bestia wróciła.

Bardzo denerwują mnie ludzie, którzy - gdy mówię, że chciałabym już zajść w ciążę - mówią mi, że mam jeszcze czas. Ok, teoretycznie jestem młoda, trzy czwarte życia przede mną etc. Ale! Czasami nie chodzi o czas, tylko o potrzebę, tak? Ja chcę! Ja potrzebuję! Ja pragnę! Chcę mieć przy sobie krew z krwi mojej i Tomasza. Chcę być Mamą, chcę karmić piersią, chcę z rozczuleniem patrzeć na moje dziecko (córkę?) w ramionach Tomka. Mam taką wewnętrzną potrzebę. Wiem, że się do tego nadaję. I co ma wiek do tego? 

Znam obiektywne przeszkody - wiem, że potrzebuję umowę na czas nieokreślony, wiem, że muszę skończyć podyplomówki, skoro mnie na nie wysyłają. Wiem, że trzeba odłożyć trochę pieniędzy. Ale dlaczego ludzie i tak zabraniają mi chcieć i marzyć? 

   10 czerwca 2009, 21:39 - środa
ale dlaczego?

Dawno nic nie napisałaś na blogu - mówi Brat.

Dlaczego nie piszesz - pyta małżonek.

Pisz, bo ja Cię lubię czytać - nakazuje Miła.

Nie piszę, bo mam wrażenie, że nie mam nic sensownego do powiedzienia. Nic, co było by na tyle ważne i mądre, żeby to uwieczniać. Moje zycie jest rozkosznie nudne i monotonne. Stany te przerywają tylko służbowe wyjazdy.

A tak to pobudka o 6, znowu za długo siedziałam przed komputerem i piłam kawę, ale zdążyłam na trzynastkę, uf. O 7:30 zalewamy herbatę, idziemy podpisać listy, wracamy i do 8 jemy sniadanie, czytamy horoskop z Metra, planujemy dzień. Kilka pism, mnóstwo telefonów, oczekiwanie na sprzęt, odwirowanie osocza, znowu źle pobrane, koniec, fajrant. Do Kaponiery i z Kaponiery albo do Bułgarskiej i potem. Wszystko zależy, czy idę do Piotra, czy też składniki na obiad mam w domu. A może bez obiadu, tylko zamówimy pizzę? Otworzyli nam nową, jest przepyszna, zjedliśmy 4 w dwa tygodnie. Tak, nie dziwi mnie to, że przytyłam. A potem może odcinek LOSTa. Albo dwa. Albo On pracuje, a ja do Mamy. Albo poczytać, poprasować, posprzątać (rzadko). I 22, a mój wewnętrzny zegar, dziwka sprzedajna, zaczyna wygrywać kuranty "spaaaaaać... ćwir ćwir ćwir spaaaaaać.... chrrrr chrrr chrrr". Nie, nie obejrzymy już nic więcej - Kochanie, ja wstaję o szóstej.

Choć w sumie mogłabym napisać, że uwielbiam Chirurgów i oglądam ich po raz kolejny, od nowa. Że odkryłam Reginę Spektor i jestem zachwycona jej piosenkami. Że jestem pryszczata i mnie to wnerwia. Że dotykałam dzisiaj brzucha mojej Bratowej, pękatego szczęśliwym 38. tygodniem ciąży.

Ale czy to ważne?

   31 maja 2009, 14:28 - niedziela
komentarze: 0
notka w ramach motywacji. napisane boli bardziej.

Wychodzę powoli z bałaganu, jaki nagromadził się w domu w ciągu tygodnia. Stanowimy z Tomaszem niesamowicie dobraną parę. Kurz nie przeszkadza nam, dopóki widać spod niego telewizor. Miejsce zużytych skarpetek jest koło łóżka (Tomasz) a papierków od wkładek wszędzie (ja). Talerze odnoszą się same, flaszki po wodzie i browarze są elementem otoczenia.

Tak. Jesteśmy straszni.

A ja cały czas staram się ze sobą walczyć, ale rozpędu wystarcza mi z reguły na dwa dni. Dwa dni, w trakcie których zmywam miskę po cieście zaraz po wsadzeniu foremki do piekarnika (zamiast zalać wodą i odstawić na 3 dni). Kiedy papierek wrzucam do kosza pod biurkiem, a nieubraną spódnicę odwieszam do szafy (muahahaha). A potem od nowa. 

Jak to jest, że jestem normalną kobietą, chodzę do pracy, gotuję obiady, piekę smakołyki, a poza tym wszystkim jestem takim świńtuchem. Istnieje teoria, że moje zachowanie to po części wina genów. Ponoć Babcia Aleksandra również zwykła dopychać szafę kolanem. Ale sądzę, że u mnie to dodatkowo zmutowało. Mama zawsze prorokowała mi, że ja się dorobię robactwa. Ten punkt programu ciągle przede mną i nie zamierzam go osiągać.

Walczę. Oby szło mi lepiej niż z odchudzaniem. Może... tak jak z rzucaniem palenia? (12. czerwca rok!)*

* upierdliwych informuję, że możliwość zapalenia raz na ruski rok na imprezie była moim celem, więc tak. liczę odkąd nie palę codziennie.

   18 maja 2009, 21:45 - poniedziałek
słoma

Nie wyjeżdżaj więcej beze mnie.

Tak, może to żałosne, może zachowuję się jak narkomanka albo kwoka na jajach. Ale bez Ciebie nic nie działa tak, jak powinno. Stomia padła pierwszej nocy. Zapomniałam naładować komkartę. Stłukła się szklanka.do whisky. Uciekł mi 79.

A w domu tak pusto, tak dziwnie. Nie szumi wentylator Twojego komputera, budzę się z nogami po Twojej stronie łóżka. Nie posprzątałam po imprezie, bo kogo to obchodzi. Nie miałam z kim obejrzeć 66 niezapomnianych seriali. Nie zrobiłam obiadu. Pizza i piwo są ok, ale to nie to. Bez Ciebie.

Wracaj, a następnym razem zabierz mnie ze sobą. Jestem mało wymagająca i dobrze mówię po angielsku. Obiecuję, że nie wydam całej kasy na książki kucharskie. Nie będe się domagać szmyrania po plecach przez tydzień, obiecuję. Zrobię Ci fasolową w tym tygodniu. Ale wracaj już. I ten mecz jutro... to wiesz, przyniosę Ci piwo, albo coś.

A jak już wrócisz, to pocałuj mnie tak, że ach, dobrze? Bo śniło mi się, że tak mnie całujesz. Zamknij drzwi za sobą, rozpakuj walizkę i wyjmij prezenty. Schłodzimy cydr i schowamy cheddara do lodówki. Włącz komputer i sprawdź pocztę i maile. A jak to wszystko zrobisz, to chodź do mnie do łóżka. Zmienię pościel na tę z czerwienią. I nic nie musisz robić, ale daj zarzucić nogę na siebie i daj położyć głowę na Twoim ramieniu.

   17 maja 2009, 12:25 - niedziela
przekleństwo Zuzanny

W Wysokich Obcasach z wczoraj znajduje się list od Zuzanny. List bardzo smutny, opowiadający o braku akceptacji swojej stomii. Przeczytałam ten list na telefoniczne polecenie Ciotki i niewiele myśląc wysłałam maila do Redakcji. Nie wiem, czy go opublikują, ja postanowiłam zamieścić oba tutaj. Bo może ktoś inny będzie odpowiedzi szukał.

Oto list Zuzanny:

Stomia. Słowo, które przyprawia mnie o dreszcze i które wywróciło moje życie do góry nogami. Dwa lata temu uległam wypadkowi, w wyniku którego doszło do poważnego uszkodzenia jelit oraz odbytu. Konieczna była operacja i utworzenie w moim ciele stomii. Od tamtego czasu nie funkcjonuję już jak normalny człowiek. Na moim brzuchu zamontowany jest worek, w którym zbierają się odchody. Brzydzę się sama siebie. Nie mogę na siebie patrzeć. Noszę luźne rzeczy, by nikt się nie domyślił, co mi dolega, ciągle przesiaduję w domu, nie mam przyjaciół, znajomych, chłopaka. Ten wypadek przekreślił moje szanse na bycie szczęśliwą, akceptowaną i kochaną. Często wspominam moje życie przed stomią i zalewam się łzami z tej żałości i poczucia beznadziejności, które mnie ogarnia. Od jakiegoś czasu chodzę do psychologa, ale te spotkania nic nie zmieniają. Ja po prostu wiem, że jestem społecznie i uczuciowo martwa. Podobno na własne życzenie. Mam otworzyć się na ludzi, na ich akceptację i zrozumienie. Nie chcę. Nie mogę. Nie wierzę, że ludzie będą potrafili podejść do mojej choroby normalnie, skoro ja sama tego nie potrafię. Nienawidzę mojego ciała, mojej fizjonomii, nie traktuję go jak części mnie samej. W myślach pożegnałam się już z pływaniem, które przed wypadkiem było moim wielkim hobby, seksem, z posiadaniem przyjaciół i ukochanej osoby. Jestem jak zabawka, którą nakręca się rano i która siłą rozpędu funkcjonuje do końca dnia. Działam jak automat. Nic nie sprawia mi przyjemności. Budzę się rano i żałuję, że się obudziłam. Nie widzę sensu i celu, nie mam motywacji do robienia czegokolwiek. Nie mam chęci, by żyć. Stomia stała się moim piętnem, moim największym przekleństwem. Moje życie nie jest więc już bytem - jest żałosną wegetacją. Nie piszę tego po to, by wzbudzić współczucie i by się nade mną użalano (samej wychodzi mi to aż za dobrze). Po prostu dość mam już tych wszystkich wypowiedzi ludzi, którzy twierdzą, że ze stomią można żyć 'normalnie', że to nie choroba, tylko nowy sposób życia. Tych, którzy się cieszą, że w ogóle żyją. Ja coraz częściej miewam chwile, że chciałabym nie żyć, momenty, w których żałuję, że wyszłam z tego wypadku żywa. Mam 25 lat i stałam się wrakiem człowieka. Nie jestem już panią swego życia, ale już tylko jego bezsilną ofiarą.

A oto moja odpowiedź:

Stomia. Słowo, które wywróciło do góry nogami także moje życie. Tak, jak Zuzanna, autorka listu z WO z 16 maja 2009, mam 25 lat. Stomię posiadam od 24 maja 2006 roku, niedługo będę obchodzić trzecią rocznicę operacji, w trakcie której lekarze uratowali mi życie po pęknięciu jelita i zapaleniu otrzewnej.

Cierpię na Leśniowskiego-Crohna, zapalną chorobę zjadającą moje jelita. Przed diagnozą i leczeniem schudłam do 48 kg przy wzroście 172 cm, nie mogłam jeść prawie niczego, każdy kęs pokarmu powodował ból. Po leczeniu, przy zachowaniu prawidłowej i lekkostrawnej diety, mogłam już funkcjonować w miarę normalnie. Niestety, jelito pękło pomimo terapii.

25 maja 2006 roku obudziłam się ze stomią, z przezroczystym szpitalnym workiem, w którym zbierały się moje odchody. Moje życie zmieniło się - na lepsze! Od tego czasu mogę normalnie jeść prawie wszystkie potrawy, mam zaledwie kilka składników (kapusta pekińska, surowe jabłka), które powodują u mnie dolegliwości. Przytyłam i nie wyglądam już jak chodzący szkielecik. Zaraz po wyjściu ze szpitala zaliczyłam ze stomią egzaminy czwartego roku, a w wakacje zabrałam ją na zwiedzanie Londynu. Wyjeżdżałam też z chłopakiem na rockowe koncerty do różnych miast Polski. Stomii raczej nie mogłam zostawić w domu, więc zabierałam ją ze sobą. Skończyłam piąty rok studiów, napisałam pracę magisterską. W sierpniu 2007 roku wzięłam ślub z moim ukochanym... oczywiście ze stomią sprytnie schowaną pod zieloną sukienką. O nocy poślubnej, pozwolę sobie publicznie nie pisać, ale zapewnię, ze przebiegła bez zarzutu.

Stomię zabrałam też do Holandii na naukową konferencję, gdzie wysłał mnie mój zakład pracy (tak, pracuję! ze stomią!). Odwiedziłyśmy też moją przyjaciółkę w Dublinie. Stomia bardzo lubi latać samolotem. Czasami zawijam worek stomijny pod kostiumem kąpielowym i jadę na basen popływać. Do jazdy na rowerze nie muszę na szczęście niczego zawijać.

Zuzanno! Żyję! Ze stomią. Chciałabym pomóc ci jakoś i przekonać Cię, że jest to w pełni możliwe. Owszem, nie zaprzeczam, zdarzyły mi się stomijne wypadki. Na Starym Rynku w Poznaniu pękł mi worek, więc zawinęłam spódnicę by nie było widać plamy i złapałam szybko taksówkę do domu. W trakcie namiętnej chwili z moim mężem usłyszałam nie raz przeciągłe "buuuuuurp" dobiegające z okolic mojego brzucha. Zdarzyło mi się obudzić w nocy z rozlanym workiem albo zmieniać sprzęt przez pół godziny, bo stomia ciągle "pluła" i przeszkadzała mi w myciu. Kiedy zrobi mi się odparzenie krzyczę na moją stomię i grożę, ze zakleję ją plastrem, żeby zdechła w męczarniach.

Ale to nie zmienia niczego. Jestem tą samą szczęśliwą osobą. Tak samo kocham, klnę, uczę się, uwielbiam gotować. Tak samo mam skłonności do tycia. Tak samo kocham książki. Mam tych samych przyjaciół.

Zuzanno - uda się! Przed Tobą i przede mną całe życie. Dlaczego ma być gorsze? Bo wystaje nam jelito na brzuchu? Ja twierdzę, że da się żyć normalnie i mam prawo do tego zdania, bo mam stomię, jestem w tym samym wieku co Ty i nie teoretyzuję. Ale też – nie histeryzuję.

Jeśli chcesz się czegokolwiek ode mnie dowiedzieć, pogadać, poradzić, zostawiam w Redakcji swoje namiary. Trzymam za Ciebie kciuki.

Aleksandra

   04 maja 2009, 21:23 - poniedziałek
komentarze: 0
ostatnie kuszenie małżonka

On je kolację, ja krzątam się w kuchni.

Ja: Kochanie, może otworzymy butelkę wina, obejrzymy jakiś film... nago w łóżku? (kuszę, oj, kuszę, staram się jak mogę)

On:  "Naga w łóżku"? Jest taki film? (udaje, czy faktycznie nie dosłyszał?)

Ja: Tak, jest. Pokażę Ci trailer. (tu następuje scena, której nie przytoczę w formie zdjęciowej bo nie rozpowszechniam własnej pornografii)

On: Okej...!

Scena miała miejsce pół godziny temu a ta cholera siedzi przy kompie. Idę prezentować napisy początkowe ;D

   18 kwietnia 2009, 13:22 - sobota
spokój i ręce przenikają się nawzajem

Stopień mojej sflaczałości jest gigantyczny. Próbowałam się rzucić na szóstkę Weidera ale prędzej wyrwę sobie stomię, nabawię przepuklin i zwariuję niż prawidłowo wykonam wszystkie ćwiczenia. Staram więc sobie powtarzać, że nie jadę na wyniki, że najpierw zdrowie, potem ambicja. Dzisiaj drukuję zestaw ćwiczeń rehabilitacyjnych dla stomików. Od czegoś trzeba zacząć. Najpierw pozbądźmy się flaka, potem reszta.

W pracy syf - przetarg przesunięty na koniec kwietnia - nasza trójka zaczyna mieć totalne odpały - na drzwiach pracowni powiesiliśmy zdjęcie niedźwiedzia i nadaliśmy mu imię von Willebrand. Żeby nikt się nie pomylił - misia podpisano przyklejanymi literkami. Do tego za miesiąc mam prezentację na konferencji w Sopocie - będę mówić o nowej mutacji w genie kodującym fibrynogen. Moje pierwsze TAK poważne wystąpienie - jestem chora z nerwów i nie wiem jak przetłumaczyć "coiled coil".

A w ogóle to prawdziwi przyjaciele przyjeżdżają przed 23, dają się nakarmić makaronikiem i piją z nami whisky do trzeciej w nocy.

...

Jakiś czas temu, w tym tygodniu, siedzieliśmy z Tomaszem na kanapie - każdy w swoim kącie, każdy ze swoją książką. I dopadło mnie poczucie szczęścia, takie z serii - obezwładniające i zalewające. Fajnie. Nie chcecie jednak wiedzieć, co potrafi zrobić mi mój mąż, żebym przestała gadać ;)

...

Dobrze mi.

   12 kwietnia 2009, 23:07 - niedziela
komentarze: 0
święta

Jedyny czas, kiedy chciałabym mieć znowu 20 lat, studiować i mieszkać razem z dwójką moich braci, dwoma psami, świnką i rodzicami.

Czasami tęsknię, czasami mi tego brakuje. Można wiele o nas mówić, ale w gruncie rzeczy zawsze byliśmy szczęśliwą rodziną. A teraz wszyscy mamy swoje rodziny. Z jednej strony to cudowne, za 2 miesiące narodzi się moja bratanica, jest nas więcej... Z drugiej strony to już nigdy nie będzie tak samo. Leniwe wspólne śniadania w czasach licealno-studyjnych. Nocne powroty i nocne pomoce pralniczo-trzeźwościowe udzielane wśród rodzeństwa. Wspólne imprezy, solidarność, duma.

Jak cudownym mechanizmem jest pamięc człowieka - zapisuje tylko te dobre momenty.

 

   27 marca 2009, 17:57 - piątek
nie wytrzymam.

Nie wytrzymam i powiem. Nie chciałam tego pisać, bo niektórzy mogliby uznać, że mi się w dupie poprzewracało albo coś. Ale ja już nie mogę, nie wytrzymuję.

NIENAWIDZĘ mojej pracy. Oraz uwielbiam ją - jednocześnie.

Oto zarys sytuacji. Mamy szpital A, szpital B, uczelnię C, pracownię D, pracownię E i laboratorium F. Aha i szpital G i szpital H. W zeszłym roku na terenie szpitala A znajdowała się pracownia D, w której zatrudnione były osoby ze szpitala B i uczelni C. Pracowni tej patronowała profesor ze szpitala A i uczelni C i ta też profesor dała mi pracę. Mój oficjalny etat to laboratorium F.

W grudniu pracownia D razem z pracownikami z B i C przeniosła się na teren szpitala G. W szpitalu A pani profesor postanowiła stworzyć pracownię E - zakres badań ten sam co w D, tylko na łonie szpitala. Pracownia powstała w ramach laboratium F. Jestem w niej zatrudniona razem z JJ i JFK (J. z Holandii). JFK została kierownikiem Pracowni D, nad nami mamy Kierownik Laboratorium F oraz - nieoficjalnie, w ramach patronatu - panią profesor ze szpitala A. Czyli mamy dwie szefowe. Z racji tej, że pracownia C zabrała cały swój sprzęt napisaliśmy zamówienia, które miał nam zrealizować szpital A. Przetargi, zamówienia bieżące etc. Większość gotowa w połowie grudnia, reszta maksymalnie na początku stycznia. Do połowy stycznia nie mieliśmy w ogóle nic do roboty poza papierkami, ze względu na brak sprzętu i remont pomieszczeń. Liczylismy na to, że potem dostaniemy wszystko. Ale szpital A połączył się ze szpitalem H i ludzie są teraz zajęci zamówieniami do szpitala H również. Jest koniec marca. Ja nadal nie mam sprzętu.

Przyjmuję próbki, zamrażam, wypełniam papierki, czytam książki, wyję do kubka z kawą.

Nienawidzę już tego. Ile można! Chcę mojej cudownej, interesującej pracy, chcę PCR, chcę żele.

PS. Skomplikowane, nieprawdaż?

   26 marca 2009, 22:15 - czwartek
komentarze: 0
slalomem, gubiąc krok

Ostatnio naszła mnie pewna myśl. Brakuje mi czasów licealnych i bycia co miesiąc zakochaną, a co dwa miesiące nieszczęśliwą. Brakuje mi słynnych "dolin". Wiem, że to brzmi dziwnie, niewiarygodnie i ciut obrzydliwie. Bo cóż to? Znudziło mi się szczęśliwe małżeńskie zycie? A może za mało mam problemów? Bynajmniej.

Brakuje mi tylko jednego elementu tych smętnych chwil. Przyzwolenia na słuchanie i przeżywanie smętnej muzyki. Ile razy słuchałyśmy z Anną "Colorblind" Counting Crowsów, doprowadzając się niemal do łez, a co najmniej do marzeń i westchnień. A badziewne "From Sarah with love", którego słuchałam kiedyś non stop? "Czarne słońca" Kultu? "Jak dawniej nie będzie" Kasi Kowalskiej? Można tak wymieniać ("Hallelujah", "Jaka róża taki cierń", "Blowers daughter", "fortepian" etc. etc). Każda piosenka miała swój wydźwięk, była szeptana pod nosem, była krzyczana, była lekarstwem albo nożem do dłubania w ranie. Z Wv swego czasu spędzaliśmy całe wieczory odczytując piosenki ze swoich opisów na gadu i prowadząc niekończące się rozmowy. Z Anką wrzucałyśmy na ftp kolejne niesamowite smęty. I w kółko, i repeat, i jeszcze raz. I w opis, do pamiętnik, na starego bloga.

A dzisiaj? Chodzi mi po głowie "Mimo wszystko" Heya, słucham go bardzo często. I odruchowo wrzuciłam to w opis na GG... ale to nie to. Zastanawiam się, czy nikt nie pomyśli, że rozstałam się z Tomkiem (choćbyś z pistoletem zaszeł mi drogę - powrotów nie będzie), czy też może zrobiłam coś strasznego (kochaj mnie mimo wszystko), a może On nie chce mi ufać (jeśli zwątpisz choć jeden raz...). Nauczyłam się opisywać życie piosenkami i nie potrafię się tego wyzbyć.

Chodzę po domu i śpiewam. I śpiewam odruchowo do Niego. Chociaż kocha mnie. Mimo wszystko.