23 kwietnia 2010, 21:46 - piątek
...

Bo z tą śmiercią to jest dziwnie. Myślałam, że będzie gorzej, ciężej, bardziej dramatycznie. A śmierć jest cicha, niezauważalna, delikatna. Zanikające tętno, ostatni oddech i... nic. I tylko zmiana dłoni, bo może ta jest zbyt zmęczona, może przestałam wyczuwać bicie Matczynego serca przez przypadek. Ale nie. Od 12 kwietnia żyję bez mojej Mamy. Mojej najdroższej, jedynej Matki, ukochanej przyjaciółki.

I jest strasznie bez Niej, bo nie odczuwam jeszcze Jej braku. Mam świadomość, ale poza tym nic. Może dlatego, że ostatnie tygodnie była już bardzo chora i oswoiłam się z myślą o Jej śmierci. Może dlatego, że ostatnie dni spędzałam przy Niej jako pielęgniarka i poznałam Ją od podszewki. Myłam, przebierałam, karmiłam, smarowałam sudokremem, puszczałam jazz. A Mama odpływała, brakowało Jej już wtedy. Więc ta zmiana nie jest dla mnie aż tak drastyczna.

Mimo wszystko czuję się zimną suką, która nie uroniła ani łzy w dzień śmierci Matki, która rozmawiała kamiennym głosem z dyspozytorem pogotowia, która zajęła się ciuchami, sprawami organizacyjnymi. W dzień pogrzebu nie było lepiej. I to mnie wkurza, sprawia, że mam wyrzuty sumienia. Bo co to za córka, która nie opłakuje własnej Matki. Co to za hiena cmentarna, która w dzień po śmierci zabiera Matczyny pierścionek. I co z tego, że chciałam mieć coś należącego do Niej przy sobie. I tak czuję się źle. Ojciec powiedział, że wszystko, co Mamy należy do mnie. Kilka rzeczy wzięłam, czarną bieliznę, perły i wisiorki do żałobnych cichów. Czy to dużo? Czy to za wcześnie? Ja bym posprzątała wszystkie Jej rzeczy, rozdzieliła, wyrzuciła, pochowała. Żeby sprzątnąć, żeby zacząć coś nowego, żeby mieć Ją w tych rzeczach. Próbuję sobie przypomnieć, jakie było Jej podejście i pamiętam tylko, że mówiła o Babcinej filiżance.

Próbuję sobie przypomnieć Ją i widzę tę chorą kobietę. Wyniszczony nowotworem organizm. Niepoznające oczy. Czuję zapach chusteczek Pampers, które są najwygodniejsze do higieny. Rzygać mi się chce na ten zapach. Chcę moją Mamę z włosami, pachnącą Chanel Chance. I nie pamiętam! Nie pamiętam ostatnich świadomych słów. Nie pamiętam kiedy zaczęłam ją traktować jak dziecko potrzebujące opieki. Ale czy mogę się winić? Siebie, która zapewniła Jej spokojny byt w domu, a nie w hospicjum. Mnie nikt tak naprawdę nie pytał, nikt nie przejmował się, czy opieka to dla mnie problem. Ja byłam oczywista. I dobrze, tak być powinno. A żeby to działało musiałam sobie wyrobić jakieś mechanizmy ochronne.

Stworzyliśmy dobry, rodzinny team. Najlepiej pracowało mi się z tym, który był najmniej doceniony, z Michasiem. Bo nie tylko fachowość się liczy ale i poświęcenie. A On musiał się poświęcić, swój czas, pracę, swoje granice intymności. I po drodze karmił mnie cheeseburgerami. Tata też się sprawdził cudownie, choć nie było mu lekko. Adaś też, choć zasłaniał się kurtyną głupich tekstów. A Tomasz zapomniał jak to jest mieć żonę przy sobie i to było jego poświęcenie. Samotne noce, obiady z Piotra i Pawła.

Funkcje "Matki" są teraz na mojej głowie. Trzeba spajać, scalać miłością. Zawsze tak mówiła, zawsze tak na mnie liczyła. Że będę jako ten klej pomiędzy naszymi ostrymi charakterami. Postaram się.

I tylko ten żal, bezsensowny w obliczu straty. Że moja teściowa nie przyjechała na pogrzeb Mamy. Ta, która została mi jedyną Matką. Boli. Choć zarzekałam się, że nie. Choć przyznanie się do tego może zranić mojego męża. Boli.

Kiedy zacznę płakać? Po roku i sześciu tygodniach staroświeckiej żałoby? Przy kończeniu tej notki, zapijając łiskaczem. Już zakręciło mi się kilka łez, ale to nie to. Chciałabym to wszystko zrzucić i przypomnieć sobie Mamę w pełni sił. I już nie wracać to ostatnich miesięcy. Nie da się. Na razie się nie da.