Niedziela, 09.08.09
Drugiego dnia wstaliśmy o godzinie nieprzyzwoitej. Śniadanko zaserwowali o siódmej, wyjazd pół godziny później. Nie dziwota, bo musieliśmy się przedostać z Kalabrii do Apulii, czyli przez całą podeszwę włoskiego buta. Zainteresowały mnie wloskie autostrady - miejscami wyglądąły gorzej niż polskie drogi krajowe, a miejscami, gdy przejeżdżaliśmy po nitce asfaltu ustawionej na wielometrowych palach nad doliną, zapierały dech w piersiach. Po drodze zaliczyliśmy jedną stację benzynową, gdzie wypiliśmy klasycne, przedpołudniowe cappuccino i zaobserwowaliśmy, że we Włoszech pali się na stacjach. Prawie tuż przy dystrybutrach stoją popielniczki. Luzaki.
Skierowaliśmy się do Grot Castellana, cudownych wapiennych wytworów w okolicach Bari - tu wiki. Niestety zdjecia można było robić tylko w grocie wejściowej, więc nie mam za wiele dokumentacji fotograficznej, ale za to wspomnień a wspomnień. Schodzi się na dół po schodach, do pierwszej groty, jedynej, gdzie dociera światło i tlen.
Temperatura spada do 16 stopni, powietrze zaczyna pachnieć zupełnie inaczej. Nie byłam nigdy w kopalni soli, ale podejrzewam, że wrażenie jest podobne - wilgotny, mineralny zapach. Zaczynamy wędrówkę, 3km spacerek pod powierzchnią ziemi. Nie-sa-mo-wi-ty! Bardzo lubię miejsca, w których natura pokazuje, co potrafi. A tutaj były stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, zabarwienie różowe od żelaza, zielone od mikroorganizmów, które pojawiają się tam, gdzie dochodzi światło lamp. Na koniec zwiedzania Grota Biała - bdb. Chociaż mi się bardziej podobał cały spacer. Przewodnik na początku traktował nas po macoszemu - z nami szła mała grupka Włochów i założenie było takie, że on mówi po włosku, nasza pilotka tłumaczy i dopiero wtedy idziemy dalej. Gdzie tam. Blablabla i już go nie było, a nasza grupa nie nadążała z obserwowaniem ciekawych form, z zadawaniem pytań etc. Jak pilotka dorwała naszego przewodnika po 15 minutach to myślałam, że padnę. Obsobaczyła go od góry do doołu i od tej pory mieliśmy bardzo przyzwoity komentarz.
Czas wolny na zewnątrz spędziliśmy na oczekiwaniu na piadinę z prosciutto crudo i mozarellą. Włoska, południowa flegma. Nie pytajcie. Załadowaliśmy się do autobusu i pojechaliśmy do niedalekiego Arbelobello - miasta trulli (wiki). Trulle to domki, które kiedyś budowano bez zaprawy, celem uniknięcia opodatkowania. Wyglądają ni to jak ule, ni to jak kamienne iglo. Są wszędzie. Taki widok mieliśmy z okna w naszym hoteliku:
Hotelik był malutki, w naszym pokoju ledwo co mieściły się otwarte walizki. Obsługa była za to przemiła, o czym miałam się przekonać następnego dnia rano po WKS (wielkiej katastrofie stomijnej). "W naszym hotelu goście nie mają problemów" powiedział Właściciel i miał rację. Problemu nie było. No ale wracając do naszego popołudnia w Arbelobello. Udalismy się na spacer po miasteczku (trulle, trulle, trulle)i na lokalną kawę. Było dla mnie zbyt gorąco, żeby pić espresso, więc zamówiliśmy sobie z Tatą Nocciolino - kawę mrożoną, espresso z lodami orzechowymi. Kulinarny orgazm. Oczywiście Ojciec nie byłby sobą, gdyby nie uwiecznił córki z kawą, więc i ja się uwieczniam:

Po spacerze, wieczorem, umówieni byliśmy na zwiedzanie muzeum trulli, gdzie jedyny zauważony przeze mnie podczas wycieczki przystojny Włoch opowrowadził nas po klasczynej trulli, opowiedział ich historię etc. etc. W przypadku trulli nie ma się czym zachwywać wg mnie, ale zaliczyć trzeba. Wieczorem, jako, że hotel nie posiadał restauracji a jedynie bufet śniadaniowy, grupa miała rezerwację w knajpce, gdzie wystąpił tradycyjny, jednolitrowy element wieczoru oraz rozmowa z przemiłym dziewczęciem. Rozmowa przeciągnęła się na godziny wieczorne, bo najpierw udaliśmy się na spacer po uliczkach handlowo-rozrywkowych (w trullach są restauracje, sklepy etc, etc. - nocą wygląda to super), a potem zasiedliśmy przed hotelem i prowadziliśmy rzomowy światopoglądowe wraz z dwójką innych uczestników wycieczki. Stanęło na tym, że rodzina to podstawa (a obeszliśmy zdrowie, edukację itp.).
Poniedziałek, 10.08.09
Poranek zepsuła mi WKS, ale po śniadaniu mi się poprawiło, tym bardziej, że dali bułkę, a nie twarde włoskie pieczywo. Czas na dygresję. Śniadania to w ogóle inna bajka w tym kraju. Oczywiście, my jako grupa mieliśmy określone, że mamy się spodziewać wersji kontynentalnych, ale... w kraju kawą płynącym dobrą kawę dali nam w dwóch hotelach - pierwszym i ostatnim. W reszcie serwowali coś, co smakowało jak zbożówka albo inne gie. Chleb najczęściej był od wczorajszej obiadokolacji - twarda skóra, zeschnięty miąższ. Plasterek szynki i sera, dżemik. Ok, ja się tym w miarę najadałam, mam ostre zęby, ale nie wszyscy mieli tak lekko. Całe szczęście były hotele, gdzie można było sobie nałożyć więcej obkładu, co zmiękczalo całość kanapki. Co mnie zdziwiło - zamiast soku wszędzie były jakieś gazowane lemoniady pomarańczowe. Ogólnie żyć się na tym dało, ale wielkich wrażeń smakowych nie było.
Koniec dygresji, jedziemy do Bari, miasta królowej Bony. Zameczek Bony kompletnie nieciekawy, zaniedbany, nie do zwiedzania (w komnatach była jakaś wystawa ikon z Armenii, czy coś), smutny. Przechlapane miała ta nasza królowa.Na dowód:
Zameczek onlecieliśmy w tempie ekspresowym i udaliśmy się na spacer po Bari. No i to było coś! Pilotka zaprowadziłą nas na uliczkę, gdzie Włoszki przed domami robiły ręcznie makaron - charakterystyczne dla Apulii orecchiette oraz jakąś inną formę, której nazwy nie zapisałam i teraz żałuję.Widzieliśmy też pranie przeciągnięte między domami, stragany na wąskich uliczkach, małe sklepiki - Salumeria oraz mnóstwo waraitów na skuterach. Chcę skuter, serio. Taką śliczną Vespę! Albo Piaggi! E... o czym ja to? A, uroki Bari, proszę bardzo:
Trasa naszego spaceru doprowadzila nas do katedry św. Mikołaja. Nie jestem miłośniczką opisywania kościołów, nie znam się. Dla mnie katedra była śliczna. Amen. Nie wolno było robić zdjęć, co większość ludzi z wycieczki zignorowała. Ale cóż można powiedzieć o ludzciach, którzy do kościoła weszli w czapkach. Brak słów. Im to nawet Mikołaj nie pomoże. Po Mikołaju pozwiedzaliśmy na własną rękę, ochłodziłam się granitą (i to stało się kolejnym stałym elementem wycieczki), cyknęłam sobie Las Palmas i odjechaliśmy w stronę pałacu w Casercie, czyli ruszyliśmy w drogę z Apulii do Kampanii.
Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji z knajpą, gdzie wypiliśmy pyszne cappuccino i żeżarliśmy coś o wdzięcznej nazwie spinaciotta, czy jakoś tak. Pieróg chlebowy ze szpinakiem i ricottą. Mniam. A na samej stacji fantastyczny parking dla psów - jeśli Pan chce coś zjeść i zatankować, to żeby nie trzymać zwierząt w samochodzie ma możliwość zostawienia ich w zadaszonych boksach z dostępem do zimnej wody. Pomysł genialny!
Korekta literówek i Caserta trochę później, teraz obowiązki wzywają.
Nie chcę popełnić tego błędu, co w przypadku innych wyjazdów i zapomnieć gdzie byłam, co jadłam, co widziałam. Dokumentacja być musi. Autorem wszystkich zdjęć jest mój nieoceniony towarzysz podróży, fundator przyjemności, słowem (całkiem nieprzypadkowo) - Ojciec.
Piątek 07.08.09
Spakowałam się leniwie ok. godziny 22, wzięłam prysznic i przed północą wyruszyliśmy do Rodziców. Pobraliśmy Tatę i zrobiła się...
Sobota 08.08.09
Podróż nocna do Warszawy z Tomaszem jako kierowcą zaczęła się od oczekiwania na Orlenie, bo o północy robią rozliczenie dnia. Potem poszło już lepiej, krótkie przerwy po drodze, obszaru od autostrady do Wwy praktycznie nie pamiętam, bo przespałam. Tomasz zostawił nas na Okęciu o godzinie piątej rano. O 5:30 odebraliśmy vouchery, poszlajaliśmy się po lotnisku, wypiliśmy kawę w Coffee Heaven. Wylot o ósmej, w samolocie śniadanko, kawa. Lubię latać, naprawdę, nie lubię tylko wbijać sobie igiełki od heparyny w brzuch. Zawsze po tej czynności łapy mi się trzęsą, fałdka mnie boli i jestem w ogóle rozbita. Całe szczęście Tata był wyrozumiały. Czasami myślę, że on się też denerwuje jak ja. Ja bym się denerwowała swoją córką, a co. No ale dobra, dość dywagacji iniekcyjnych. Wylądowaliśmy ok. 10:30, odebraliśmy bagaże i przed lotniskiem ukazał się nam następujący widok:
No i rzecz jasna ponad 30 stopni. Ale co tam. Przetransportowali nas do miejscowości Campora San Giovanni, do hotelu u Wujka, który to (wujek, nie hotel) na pewno ma swoje Macki w Organizacji. Jak się posiada hotel, zakład pogrzebowy, sklepy i proboszcz przychodzi w niedzielę na obiad to nie można być zwykłym obywatelem. U Wujka było czysto i skromnie, z Morzem Tyrreńskim pod nosem. Taki mieliśmy widoczek z balkonu:
Z Morza nie omieszkałam skorzystać. Niestety upał, zasolenie, lęk o blade ramionna oraz o znudzonego Ojca nie dały mi się taplać za długo. Ale co w morzu to moje. Potem postanowiliśmy zwiedzić tę niewielką miejscowość. Nabyliśmy wodę mineralną (nabywanie wody mineralnej to podstawa większości dni we Włoszech) i znaleźliśmy przyjemne SuperMercato, w którym zaopatrzyliśmy się w obiad w postaci calzone, focaccii, oraz pane alle olive. Wypas! Przy okazji okazało się, że potrafię czytać po włosku, bowiem z ogłoszenia dowiedziałam się, że akurat w trakcie naszego weekendu w miasteczku odbywa się Festiwal Czerwonej Cebuli, gdzie udaliśmy się po kolacji. Po spróbowaniu kilku specjałów lokalnych (frittatta z cebulą, tapenady, konfitura z czerwonej cebuli etc.) przeszliśmy się na spacer nad morze. A, właśnie, morze. Tu dowód na moją w nim bytność.
Przy kolacji natomiast zapoznaliśmy przemiłe, podróżujące solo, dziewczę z okolic stolicy. Przy butelce białego wina (element stały każdej następnej kolacji lub wieczoru) wymieniliśmy uprzejmości i tak oto Iwona stała się również elementem stalym. Podczas kolacji i nie tylko :)
Żeby jednak nie było, że pierwszy dzień spędziłam tylko na żarciu, piciu, pływaniu i kupowaniu załączam dowód na chwilę kontemplacji przy Św. Franciszku.
Stay tuned.
Cholerna klima w autobusie mnie załatwiła, siedzę na L4, więc do końca tygodnia zakończę moją włoską opowieść :)
Za 24h będę we Włoszech z Ojcem.
Cudownie!









