Nie wytrzymam i powiem. Nie chciałam tego pisać, bo niektórzy mogliby uznać, że mi się w dupie poprzewracało albo coś. Ale ja już nie mogę, nie wytrzymuję.
NIENAWIDZĘ mojej pracy. Oraz uwielbiam ją - jednocześnie.
Oto zarys sytuacji. Mamy szpital A, szpital B, uczelnię C, pracownię D, pracownię E i laboratorium F. Aha i szpital G i szpital H. W zeszłym roku na terenie szpitala A znajdowała się pracownia D, w której zatrudnione były osoby ze szpitala B i uczelni C. Pracowni tej patronowała profesor ze szpitala A i uczelni C i ta też profesor dała mi pracę. Mój oficjalny etat to laboratorium F.
W grudniu pracownia D razem z pracownikami z B i C przeniosła się na teren szpitala G. W szpitalu A pani profesor postanowiła stworzyć pracownię E - zakres badań ten sam co w D, tylko na łonie szpitala. Pracownia powstała w ramach laboratium F. Jestem w niej zatrudniona razem z JJ i JFK (J. z Holandii). JFK została kierownikiem Pracowni D, nad nami mamy Kierownik Laboratorium F oraz - nieoficjalnie, w ramach patronatu - panią profesor ze szpitala A. Czyli mamy dwie szefowe. Z racji tej, że pracownia C zabrała cały swój sprzęt napisaliśmy zamówienia, które miał nam zrealizować szpital A. Przetargi, zamówienia bieżące etc. Większość gotowa w połowie grudnia, reszta maksymalnie na początku stycznia. Do połowy stycznia nie mieliśmy w ogóle nic do roboty poza papierkami, ze względu na brak sprzętu i remont pomieszczeń. Liczylismy na to, że potem dostaniemy wszystko. Ale szpital A połączył się ze szpitalem H i ludzie są teraz zajęci zamówieniami do szpitala H również. Jest koniec marca. Ja nadal nie mam sprzętu.
Przyjmuję próbki, zamrażam, wypełniam papierki, czytam książki, wyję do kubka z kawą.
Nienawidzę już tego. Ile można! Chcę mojej cudownej, interesującej pracy, chcę PCR, chcę żele.
PS. Skomplikowane, nieprawdaż?
Ostatnio naszła mnie pewna myśl. Brakuje mi czasów licealnych i bycia co miesiąc zakochaną, a co dwa miesiące nieszczęśliwą. Brakuje mi słynnych "dolin". Wiem, że to brzmi dziwnie, niewiarygodnie i ciut obrzydliwie. Bo cóż to? Znudziło mi się szczęśliwe małżeńskie zycie? A może za mało mam problemów? Bynajmniej.
Brakuje mi tylko jednego elementu tych smętnych chwil. Przyzwolenia na słuchanie i przeżywanie smętnej muzyki. Ile razy słuchałyśmy z Anną "Colorblind" Counting Crowsów, doprowadzając się niemal do łez, a co najmniej do marzeń i westchnień. A badziewne "From Sarah with love", którego słuchałam kiedyś non stop? "Czarne słońca" Kultu? "Jak dawniej nie będzie" Kasi Kowalskiej? Można tak wymieniać ("Hallelujah", "Jaka róża taki cierń", "Blowers daughter", "fortepian" etc. etc). Każda piosenka miała swój wydźwięk, była szeptana pod nosem, była krzyczana, była lekarstwem albo nożem do dłubania w ranie. Z Wv swego czasu spędzaliśmy całe wieczory odczytując piosenki ze swoich opisów na gadu i prowadząc niekończące się rozmowy. Z Anką wrzucałyśmy na ftp kolejne niesamowite smęty. I w kółko, i repeat, i jeszcze raz. I w opis, do pamiętnik, na starego bloga.
A dzisiaj? Chodzi mi po głowie "Mimo wszystko" Heya, słucham go bardzo często. I odruchowo wrzuciłam to w opis na GG... ale to nie to. Zastanawiam się, czy nikt nie pomyśli, że rozstałam się z Tomkiem (choćbyś z pistoletem zaszeł mi drogę - powrotów nie będzie), czy też może zrobiłam coś strasznego (kochaj mnie mimo wszystko), a może On nie chce mi ufać (jeśli zwątpisz choć jeden raz...). Nauczyłam się opisywać życie piosenkami i nie potrafię się tego wyzbyć.
Chodzę po domu i śpiewam. I śpiewam odruchowo do Niego. Chociaż kocha mnie. Mimo wszystko.









