Świat wie wszem i wobec, że jestem totalną maniaczką kosmetyków z Body Shopu. Anna przywozi mi je z Irlandii, czasami jadę po nie do Warszawy. Tomasz drży na myśl, że któregoś dnia Body Shop może się otworzyć w Poznaniu...
Na dzień dzisiejszy mam jakieś 3 żele pod prysznic, peeling i masło do ciała. Przed wyjazdem miałam o jeden żel mniej :) Nie sprawdzałam jednak w necie, gdzie mogę znaleźć mój ulubiony sklep, tym bardziej, że tak naprawdę miałyśmy jedno popołudnie na przejście przez miasteczko. A jednak. Można już oficjalnie stwierdzić, że ja wyczuwam Body Shop nosem, albo, że jestem do niego przyciągana.
Wracałyśmy z J. z ostatniego dnia konferencji, po raz pierwszy za dnia, więc zamiast przy ulicy (którą chodziłyśmy wieczorem, ze względu na oświetlenie), poszłyśmy do hotelu przez tereny Uniwersytetu w Leiden, w szczególności Uniwersytetu Medycznego. Ponieważ liczne budynki "medycyny" wyglądały bardzo ciekawie, m.in. z wystawką czaszek naszych praprzodków etc., postanowiłyśmy wejść do głównego budynku, który sprawiał wrażenie jakby szpitala i uczelni w jednym. W porównaniu z naszymi szpitalami, czy klinikami, wnętrze nas zaskoczyło - ruchome schody, czystość, rzeźby, sklepy (sic!). Po wjechaniu na piętro stanęłam przed... Body Shopem! W szpitalu? Albo nawet na Uniwersytecie? Nie wiem, która wersja jest bardziej prawdopodobna, jak dla mnie żadna.
Ale skoro już stanęłam, to weszłam i kupiłam. To musiało być przeznaczenie :)
Do czego to dochodzi, żebym na własnego bloga logowała się przez konto Tomaszowo-Adminowe, bo zapomniałam hasła. Na swoim komputerze mam domyślnie, a teraz korzystam z laptopa i siedzę zamelinowana w łóżku. Ot, złapało mnie jakieś zatrucie albo coś, trzy dni chodziłam zemdlona jak w pierwszym trymestrze, więc się wściekłam i poszłam do lekarza. I tak oto mam drugie zwolnienie w ciągu mojej pracy w szpitalu, mam nadzieję, że na długi czas ostatnie, wszak dopiero co podpisałam nową umowę, na rok.
Ale praca musi być ze mnie chociaż troszkę zadowolona, skoro zostałyśmy z J. wysłane na tę konferencję do Holandii. Faaaajnie było. Tzn. część merytoryczna pozostawiała trochę do życzenia, bo wszelakie tematy były li i jedynie "liźnięte". Ale po tym wyjeździe pozostało mi przemiłe uczucie, że po angielsku dogadam się z każdym... a na pewno z Holendrami, Węgrami i Serbem mieszkającym w Szwecji.
Mamy także wynikające z wyjazdu ostrzeżenia - nie należy traktować różowego, francuskiego wina jak soczku. W innym przypadku można wdać się w dyskusje o życiu i o śmierci z wyżej wymienionymi naukowcami. A kac.... ała. Myślałam, że z hotelu na konferencję nie dojdę, a jak już doszłam to błogosławiłam wodę znajdującą się na każdym stoliku. Ale wstydu sobie nie narobiłam :) zarobiłam wręcz kilka komplementów a propos mojego bredzenia.
Wyjazd ten zaowocował także kilkoma niezwykłymi doznaniami kulinarnymi. Podczas kongresowej kolacji zdegustowałam kilka rodzajów bardzo śmierdzących francuskich serów i zakochałam się w serze z orzechami włoskimi. Ponadto, podczas kolacji prywatnej, natrafiłyśmy z J. na lokalną, tradycyjną knajpkę, od 101 lat serwującą 40cm naleśniki! Pycha! Ostatnie doznanie było banalne, otóż oczekując na nasz samolot na lotnisku w Amsterdamie rzuciłyśmy się na kawę do Starbucks. I to było to - świąteczna Black Cherry Mocha nas uwiodła.
Podróże kształcą!
Mam reisefieber.
Jutro o 13 pierwszy raz w zyciu:
a) wylatuję
b) na konferencję naukową
c) do Holandii.
Żebym chociaż jeden z tych podpunktów miała już za sobą, byłoby mi łatwiej. A tak, to sama nie wiem, co mam ze sobą zrobić.Boję się, ze nie zrozumiem wykładów po angielsku, boję się, że nie dam rady z tematyką, bo ja jestem na razie tylko molekularna, a nie ogólnie laboratoryjna. Boję się, że nam się samolot spóźni i że się potknę na sali wykładowej.
Ale takie strachy tylko dodają smaczku. Nie mogę się doczekać. Wylatujemy z J. (koleżanka z pracowni) do Monachium, a tam przesiadamy się na samolot do Amsterdamu. Stamtąd jeszcze kwadrans pociągiem do Leiden i już możemy się kształcić.
Chyba powinnam powoli zacząć się pakować. Albo wydepilować odnóża. Albo umyć łepek. Albo posprzątać w domu.
Albo...
Garsonka w kolorze soli z pieprzem i buty na obcasie? Czarny płaszczyk? Srebrna biżuteria? I podkolanówki przeciwzakrzepowe, bo jak się ludzi bada, to się samemu ma. A lekarki z oddziału mnie pilnują, zastrzyk mam w torebce.W życiu sobie tego sama nie podam, odsłonię oponkę przed J.
Ok, to ruszam się, czas coś wykonać.









