Napadowym atakom głodu o godzinie 22 mówimy stanowcze nie.
Majonez pegaz i coca cola. Nie, nie jestem w ciąży.
Nie wczuwam się też w sytuację bratowej.
Ot, tak. To rzucenie palenia też mnie zaokrągliło.
Od 12 listopada się odchudzam :)
PS. Czy ta kaszkowata wysypka mogłaby zejść z mojego ryja? Rozumiem, coś mnie uczuliło, kupiłam sobie Alertec i piję wapno, ale cholery już dostaję!
Nowe mieszkanie to oczywiście korowody zwiedzających. Mieliśmy więc oficjalną parapetówę, spotkanie dla starszyzny z mojej strony, spotkanie dla starszyzny z Tomka strony, wizyty rodziców, wizyty rodzeństwa, indywidualne spotkania z przyjaciółmi i wizyty znajomych. Te ostatnie jeszcze się nie skończyły :) W zasadzie każdy weekend mamy zajęty w związku z wizytacjami. Absolutnie mi to nie przeszkadza - mam okazję wyżyć się kulinarnie, upiec albo ugotować coś dobrego.
Dzisiaj też mieliśmy gości - kolegę Tomasza z technikum z narzeczoną. 14 butelek po Noteckim stoi za moimi plecami, a na parapecie nowy kwiatek - skrzydłokwiat. Dlaczego wszyscy przynoszą mi kwiaty w doniczkach? Zawsze zaklinałam się, że ich nie cierpię i nie chcę mieć, a teraz stwierdzam, że w sumie ładnie wyglądają. Mam dwa storczyki, skrzydłokwiata, paprotkę i komplet 3 kwiatów w koszyczku, jaki dostałam, gdy odchodziłam z miejsca stażu. Nadal podchodzę do tych roślinek jak do jeża, ale chyba powoli się przyzwyczajam... byle by to przeżyły.
A poza tym to czas zmienił się nareszcie na zimowy, dzięki czemu nie ma jeszcze 22, a mój organizm i tak woła mnie do spania. Dobranoc zatem. Świat po 8h snu będzie na pewno wyglądał dużo lepiej.
Tymczasem (borem lasem) minęły 4 lata odkąd znam mojego małżonka. W domu zastałam z tej okazji bukiet tulipanów i karteczkę "canneloni będzie na kolację :*".
Wyrobił się chłopak. Z punkowca - romantyk.
Małżeństwo to zdecydowanie stan do któego jestem stworzona. O ile oczywiście ma trochę małych druczków np. "każdy musi czasem odpocząć od współmałżonka", "jeżdżenie do Matki dozwolone", czy "zmywamy naprzemiennie". I choć gro osób nie może się przyzwyczaić do naszego stylu bycia i sposobu, w jaki się do siebie zwracamy ("spierdalaj Kochanie"), to definitywnie jesteśmy małżeństwem szczęśliwym.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od jednego telefonu, że miałam 20 lat, że oficjalnie byłam z kimś innym. Hihihi.
O innych "że" nie wspomnę przez wzgląd na przyzwoitość. Za siedem dni kolejna czwarta rocznica ;)
Do bardziej sensacyjnych wiadomości z czasu nieobecności blogowej należy bez wątpienia rzucenie przeze mnie palenia. Mój super program Quitomzilla mówi mi, że nie palę już 4 miesiące, tydzień i 4 dni, a ponadto wylicza, że zaoszczędziłam już prawie 600zł (nie uwzlęgniając ostatnich podwyżek cen niebieskich Camelków) i nie wypaliłam ponad półtora tysiąca fajek. Bez wątpienia takie liczby działają na wyobraźnię, szczególnie kasa. Po przekroczeniu kolejnych zaoszczędzonych pełnych setek kupuję sobie jakiś drobiazg. A to, co wydałam na plasterki antynikotynowe już mi się zwróciło. Jest więc całkiem nieźle. Udało mi się już nawet upić się dokumentnie bez papierosa, a to jak dla mnie spore zwycięstwo. Zobaczymy, co będzie dalej. Aktualnie mam fazę tęsknoty za poranną fajką w drodze do pracy. Wilgotne, zimne powietrze, dym aż gęsty i ten niesamowity jesienny smak. Wiem, brzmi dziwnie, ale każdy palacz wie, że palenie jesiennym porankiem to jest to. A ja też jestem palacz i do końca życia będę. Jak anonimowy alkoholik. Tego się nie leczy.
Inną niesamowitą wiadomością, którą mogłam upublicznić dopiero po napisaniu poprzedniej notki jest fakt, że zostanę Ciocią za jakieś 8 miesięcy :) Mój średni braciszek i bratowa M. po roku starań ogłosili radośnie wygraną. Cała rodzina się cieszy, a ja dodatkowo zagryzam palce starając się zakopać mój instynkt macierzyński. Niestety, tak od pół roku cierpię na niesamowicie intensywną potrzebę posiadania dziecka. Noworodka. Zaraz. TERAZ. JUŻ. Stan faktyczny jest jednak taki, że musze poczekać jakieś trzy lata. Przyjmując się do obecnej pracy powiedziałam, że nie będę się zaraz rozmnażać, dodatkowo zaproponowano mi sfinansowanie moich wymarzonych dwuletnich studiów podyplomowych od przyszłego października. Diagnosta laboratoryjny jest chyba wart tego małego poświęcenia. Małego? Zobaczymy, co będzie jak M. urodzi. Jeśli przeżyję kontakt z maleństwem, to dam radę i ze studiami. Jeśli dostanę totalnej amby to nie będzie dla mnie ratunku.
Praca jest od pierwszego siepnia, w jednym z poznańskich szpitali, jak już pisałam. Wykonuję badania genetyczne, czyli robię dokładnie to, czego nauczyli mnie na studiach. Teoretycznie jest to wspaniałe, praktycznie trochę mniej. Nie dość, że na razie muszę koegzystować z moją koleżanką ze studiów, co - w obliczu naszych odmiennych charakterów - nie jest proste, to jeszcze mam mało pracy w pracy. A ja bardzo nie lubię się nudzić. Jestem dość szybka i efektywna, więc zaległości po poprzedniczkach wykonałam w trzy tygodnie. Ludzie, badajcie się!
Bardzo tęsknię za moim poprzednim miejscem pracy, a konkretniej stażu. Gdybym mogła wrócić do swojego działu, nie wahałabym się długo. Tam, co prawda nikt mi nie zapłaci za studia ale ludzie, atmosfera i specyfika pracy bardziej mi odpowiadała. Podejrzewam, że jest to syndrom pierwszej udanej pracy. Nieważne. Tęsknię cholernie do dziewczyn, do działu patologii, do Salmonelli. Jak w obecnej pracy robię naważki do żeli w dziale mikrobiologii to z sentymentem wącham jeszcze ciepłe podłoża do posiewów.
Że nie wspomnę o tym, że z obecnego mieszkania miałabym bliżej do miejsca stażu. Z mieszkaniem jest długa historia. Wiedzieliśmy, że z naszego wynajmowanego się zmywamy, bo właściciel zamierzał je w październiku sprzedać. A, że jego cena była bardzo nieadekwatna do jakości mieszkania, to zrezygnowaliśmy. Natrafiło się mieszkanie znajomych, na Winogradach. Dobry stan, 3 malutkie pokoje, przyzwoita cena. Kilka wizyt w bankach ujawniło jednak nasz rażący brak oficjalnej zdolności kredytowej. Bezrobotna i przedsiębiorca, który miał duże koszty to nie jest dobry target. Otrzymaliśmy wsparcie rodziny, niegdyś nazwano by to żyrowaniem, lecz w międzyczasie mieszkanie się sprzedało. To zaczęliśmy szukać. Miało być trzypokojowe, tanie, nisko, najlepiej na Ratajach ;)
Wyszło trzypokojowe, na 11 piętrze, na Grunwaldzie. Ale za to z układem dokładnie takim jak u moich Rodziców. I w perfekcyjnym stanie, po remoncie. I z wieeeeeelką szafą zabudowaną na korytarzu.
Tak więc, od 1 września mieszkany na swoim. I będziemy za to płacić przez 30 lat. Warto. I mamy widok na cały Poznań.
W mordę jeża, ale ten czas ucieka.
Pisze do Was mężatka z ponad rocznym stażem, młodszy asystent w laboratorium poznańskiego szpitala, posiadaczka własnego mieszkania na Grunwaldzie i generalnie bardzo szczęśliwa kobieta.
Poukładało się wszystko, pod linijkę marzeń i zamówień.
I choć każdy chciałby mieć zawsze ciut więcej, niż ma, ja też, to jest naprawdę dobrze.
Tylko przytyłam jak świnka, ale ciii ;)
Martix reaktywacja. Stay tuned.









