Tak wiele czasu minęło od ostatniej notki i tak wiele się wydarzyło. Po raz kolejny mogę się tłumaczyć brakiem czasu, ale tym razem ten brak sprawie mi ogromną radość, jestem bowiem od początku marca na stażu!!!
Pracuję jako laborantka w państwowym zakładzie i uczę się wykonywać rozmaite badania mikrobiologiczne. Widziałam już nawet Salmonellę :) Niestety praca trwa od godziny 7 do 15, stąd wstaję o nieprzyzwoitej porze - 5:35. Pierwsze tygodnie były dość męczące, musiałam przestawić swój zegar biologiczny i zmuszać się do wytrwania po pracy przynajmniej do 22. Popołudniowa drzemka mogłaby się skończyć tragicznie. Ale udało się, wstaje mi się coraz łatwiej i wystarcza mi coraz mniej snu. Tomasz jest na razie trochę biedny, bo kwestie logistyczno-obiadowe są dopiero w trakcie opracowywania i w związku z tym przez ostatnie tygodnie często zamawialiśmy żarcie na telefon, albo wychodziliśmy na miasto. Ale cały czas się uczę, cały czas się staram. Program "pracująca żona" trwa.
Sama praca jest dość przyjemna, pod warunkiem, że jest co robić. Jeśli nie przychodza próbki od klientów to pozostaje już tylko nuda, której szczerze nie cierpię. Współpracowniczki miłe, szczególnie te młode, aczkolwiek i A., która jest już po czterdziestce jest wspaniała. Jedynie Główna jest trochę denerwująca, ale pocieszam się, że może niedługo odejdzie na emeryturę... i zrobi dla mnie miejsce :)
Znalezienie pracy, nawet w formie stażu z Urzędu bardzo mnie ucieszyło. Niekończące podróże do szkół w Poznaniu, czatownie na oferty pracy i kolejne rozmowy na stanowiska sekretarek mocno nadwątliły moją wytrzymałość psychiczną. Nie ma co ukrywać - po paru miesiącach w domu można dostać na łeb i odczuwać niepohamowaną potrzebę zarżnięcia własnego małżonka. Tym bardziej, że im dłużej siedziałam w domu, tym mniej w nim robiłam. Bo przecież prasowanie, czy zmywanie naczyń można przełożyć na następny dzień. I następny. I jeszcze następny. Tomasz dostawał ze mną białej gorączki, ja ze sobą też.
A więc nowy etap!
Po drodze zdarzyła się najprzyjemniejsza wizyta tej zimy - Anna przyleciała Dublina! Nie mogłam się nagadać i nacieszyć. Chociaż po naszej imprezie na mieście miałam wrażenie, że przez minimum pół roku nie powinnam się pokazywać w okolicy, tak było hmmm... wesoło. A ostatnio przyjechała Miła, jednak ze spotkania nam nie wyszło, bo po 5 minutach dostałam cholernej gorączki i teraz siedzę w domu na swoim pierwszym zwolnieniu lekarskim wygrzewając swoje węzły chłonne. Ała.









