Żyję. Ziemniaki to był pikuś, doprawdy. Oczywiśćie solone, inaczej nie miały szans.
Dzisiaj kończę powoli moją marchewkę. Ja jestem jednak zdżarta. Czy to gotowana marchew, czy cokolwiek, ja po prostu muszę jeść ;/
Marzę o skibce chleba. I kawie.
Jutro twaróg. W moim sklepie nie było chudego, przysięgam! Wzięłam półtłusty, 3/4 kg, więcej i tak nie było, ale zobaczymy jak mi pójdzie. Bo jak się skończy to zostanie mi tylko twaróg wędzony.
Od dzisiaj na 5 dni zmieniam czarodziejkę w bloga zwykłej, udręczonej baby, której jedyną obsesją jest bycie piękną szczupłą i uwodzoną. No dobra, może tylko szczupłą, resztę mam. Nie mam natomiast w czym chodzić, gdyż moja kolekcja spódnic, włączając piękną zieloną spódnicę od M&S, nagle skurczyła się w praniu. Posiadam więc już tylko dwie nabyte w desperacji oraz jedną starą i kraciastą, którą pożyczałam Madziarze, bo ma większy tyłek niż ja. Spodni z zasady nie noszę, jak wiadomo (poza ciepłymi polarowymi w domu, ale to ciiii). No i przy takich efektach przestaję wmawiać sobie, że powinnam się cieszyć, że przytyłam, bo niedobory chorobowe odrobiłam z nawiązką! I żaden tekst o dobrym wchłanianiu z którego się cieszę nie ma już tutaj miejsca.
No to czas na dietę. Pięciodniowa dieta Mattkpolki jest bardzo prosta i bardzo efektywna ponoć. No i łatwa w modyfikacjach :)
Dzień pierwszy: kilogram pyrów. Najlepsze są młode, ale z braku laku będę jadła zwykłe, stare pyry. Oczywiście z jakimiś ziołami, czy coś, tyle, że bez masła. Właśnie wciągam porcję śniadaniową, posypaną ciut curry. Sól do gotowania była, bo inaczej staruszki by nie przeszły.
Dzień drugi: kilogram gotowanej marchewki. Aż mi się mordka śmieje, jak pomyślę o małych marchewkach z Hortexu, które przygotuje sobie na parze. Bez soli, bo z parowara da się takie zjeść. Zdrowe, kolorowe...
Dzień trzeci jest jak dla mnie najgorszy: kilo twarogu - chudego! Nie lubię twarogu w kostce, szczególnie suchych wiórów nazywanych chudym twarogiem. Zamierzam więc trochę pomachloić doprawiając chudy twaróg pudełkiem homo, żeby trochę się namoczył. I przetrwam.
Dzień czwarty z kolei ulubiony: kilogram gotowanego kurczaka. Zalecana jest pierś, ale ja na pewno wezmę nóżkę. Kaloryczność ciut większa, ale cena bardziej przyjazna no i smak nieziemski. Parowar albo i nie. Jeszcze nie wiem.
Dzień piąty: kilogram w miarę niesłodkich owoców. Banany odpadają i dobrze, bo ich nie lubię. Ale jedzenie tylko grapefruitów mi się nie uśmiecha. Podejrzewam, że kupię sobie pół kg mrożonych wiśni. I to koniec.
Po 5 dniach jak powyżej, bez kawy, z niewielką ilością soli, traci się pare kg. Czekam z utęsknieniem. Moje spódnice też. Ćwiczyć nie będę akurat teraz, bo organizm nie pozwala, ale po diecie jak będę miała jeszcze poddietę (rozsądną) to może trochę pomacham nóżką.
Aha no i dysklajmer: kocham jeść. nienawidzę się odchudzać. nie stać mnie na nowe spódnice.
Miałam nadzieję, że kolejną notkę napiszę oznajmiając, że praca mgr skończona i zaakceptowana.
Skończyć skończyłam, ale kolejny mail przynosi kolejne poprawki. Dostaję na łeb.
Byle by tylko rozmowa o pracę się powiodła... ale ciiiiiii... trzymam kciuki sama za siebie.









