12 czerwca 2006, 20:18 - poniedziałek
komentarze: 0
notka niesmaczna
Rzygam wirami. Po prostu mam już dość tej nauki, w środe zaliczenie, a ja czytam i dostaje mętliku, piszę i mam ochotę ćpnąć to wszystko. A wieść niesie, że prowadzący to siekiera niesamowita i że jego testy zdaje może 50% - test wielokrotnego wyboru - bleeee.

Ale siedzę, staram się. Jestem na gorszej pozycji, bo szpital zabrał mi dwa ćwiczenia z tegoż, w tym bakulowirusy, o których jest naprawdę dużo do nauczenia. Ale dam radę. Mam nadzieję ;)

   08 czerwca 2006, 19:33 - czwartek
komentarze: 0
morbus vol.3
No i koniec mojej chorobowej opowieści, bardziej już pozytywny. Bo mój pobyt w szpitalu to nie tylko ból, badania, woreczki i tym podobne. To też ludzie, którzy byli przy mnie, gdy ich potrzebowałam, którzy poświęcali mi swój czas.

Miła
Nie jesteśmy przyjaciółkami z podstawówki, znamy się nieco ponad rok, nie spędzamy nocy szepcząc sobie sekrety do ucha. Podziwiamy się nawzajem, każda z nas ma coś wyjątkowego, co podoba się tej drugiej, poczucie humoru mamy na szczęście podobne. Miła odwiedzała mnie już wtedy, gdy leżałam na gastro, bodajże ze trzy, cztery razy. Zawsze z smsem najpierw, zawsze z uśmiechem. Teraz, nawet z prezentami na Dzień Dziecka :) A każda jej wizyta dodawała mi sił i energii. Kobieta w moim życiu absolutnie niesamowita.

Kasik
Pół roku w jednej grupie na studiach to może nie od razu powód do tego, żeby dzwonić, przychodzić nawet w deszczu, zamartwiać się i pocieszać. A jednak.

Szymek
Z daleka smsem i uśmiechem. Miło.

Anna i Maua
Zawsze i wszędzie. Kilometry się nie liczą. Albo sms, albo wizyta, albo myśli ciepłe, które autentycznie się czuje.

RG
Tu można by napisać powieść. Dwa razy dziennie przy mnie, w kontakcie z moją Mamą, jej najwierniejszy szofer, moja najlepsza chusteczka. Mężczyzna mojego życia w każdym tego słowa znaczeniu. Jemu mogłam wypłakać mój cały strach. Czy da się żyć z tą chorobą? Czy nasze plany się sprawdzą? Czy woreczek nie sprawia, że jestem nieatrakcyjna? Te i mnóstwo innych pytań zadawałam mu nie raz. A czasami nie mówiłam nic, tylko się tuliłam. Moje codziennie czesane włosy, gdy byłam za słaba i potem już dla mojej przyjemności.

Mama
A tu to słów brak. Każdy wie.


Teraz jest coraz lepiej. Rana swędzi bez opamiętania. Goi się, dobrze. Dzisiaj byłam na uczelni, RG mnie wiózł, odebrałam dwa wpisy, resztę będę musiała jakoś sobie załatwić po drodze. Jeden egzamin zdam w lipcu, drugi w terminie. Wracam powoli do sił. Ścięłam włosy. Staram się podreperować nadwątloną szpitalem urodę, ale z tym będzie gorzej, skóra wyjątkowo źle to zniosła, narkozę, leki etc. Ale nie jest źle. Z woreczkiem już się oswoiłam, w spodniach/spódnicach się w miarę mieszczę. Staram się nie myśleć o następnej operacji.

A w sierpniu z Tatą do Londynu :)

   06 czerwca 2006, 19:33 - wtorek
komentarze: 0
morbus vol.2
No i nie było nic do gadania. Przebrali we flanelową piżamę, związali włosy gumką i pojechałam na salę. Znieczulał mnie bardzo fajny anestezjolog, dostałam podpajęczynówkowe i narkozę. I film mi się urwał. Ale zanim do tego doszło zdążyłam jeszcze pomachać nogami siedząc na kozetce do znieczuleń, podczas, gdy nieopodal rozkładali sprzęt, co stało się anegdotką oddziałową, w kontekście tego, co zastali we mnie.

A co zastali? Nieciekawie. Perforacja jelita cienkiego, zapalenie otrzewnej, słowem - brzuch pełen ropy i innego paskudztwa. Kiedy to się stało - nie wiadomo. Możliwe że w poniedziałek, możliwe, że wtedy we wtorek wieczorem. Ważne, że trafiłam w dobre ręce. Dwie godziny czyścili mnie na tym stole, dwójka profesorów, powinnam się cieszyć ;> Efekt z tego taki, że wycięto mi kawałek jelita cienkiego, odłączono grube i wyłoniono ileostomię. Tak, niestety, mam woreczek na brzuchu. Ale na jakieś pół roku, kiedy w środku wszystko się wygoi, będzie mnie czekać kolejna operacja - zespolenie i schowanie stomii.

O tym wszystkim dowiedziałam się już leżąc na sali pooperacyjnej. Luksusik, sterowane pilotem łóżko, mogłam się wygodnie ułożyć. Cały czas znieczulana zewnątrzoponowo, nie czułam bólu, ale miałam "sparaliżowaną" lewą nogę. Dziwne, bardzo dziwne uczucie. Kroplówki, kontakt centralny, dwie łyżeczki wody co parę godzin. Zaraz po operacji była na chwilę Mama, potem znowu zasnęłam i obudziłam się w nocy. I tak drzemałam do rana, czekając na powyższe informacje. Najważniejsze dla mnie było czy ta cała operacja, czy to wszystko nie przeszkodzi w tym, co dla mnie najważniejsze - w macierzyństwie. Całe szczęście - nie bardzo, aczkolwiek na rodzenie naturalne nie mam już co liczyć. Po dwóch otwieraniach brzucha i przy zespoleniu jakie mnie czeka poród naturalny jest za dużym wysiłkiem ;(

Na pooperacyjnej spędziłam 1,5 dnia, w piątek rano już przenosili mnie na oddział, tam też zjadłam mój pierwszy od wielu dni posiłek. Uwierzcie, że kasza manna na wodzie, to coś absolutnie pysznego. Tak samo obleśna przecierana zupka. Rozkosz. Gorzej, że jednocześnie byłam na żywieniu pozajelitowym, czyli dostawałam gigantyczną kroplówke, która ciekła 12h, takie białe mleko. I z tym cholerstwem musiałam chodzić, na stojaku na kółkach. Ale ważne było to, że zaczęłam chodzić, zaraz w piątek. Powoli, powoli, trzymając się za brzuch, ale zawsze! Pierwsze dni nie były proste - wstawanie z łóżka bolało, kaszel bolał, zastrzyki bolały, a stomia przerażała. Panie pielęgniarki zajmujące się obsługą tegoż były jednak bardzo miłe i odpowiadały na setki moich pytań. W końcu to nie tak łatwo się przyzwyczaić do czegoś takiego. Do zupełnie nowego stylu życia. koniec czytania w kibelku ;/

Od niedzieli dostałam już normalne żarcie, miałam tez jeden dzień przerwy w dożylnym mleku. We wtorek zaś było ostatnie - na szczęście, bo już na łeb dostawałam. Mogłam więc zacząc hasać po szpitalu i czekać na wypis. Czułam się coraz lepiej, a lekarze się śmiali, że goi się na mnie jak na psie. Goiło się, swędziało okrutnie i swędzi do teraz. Zwariuję!

Wypisali mnie po 1,5 tygodnia, w piątek. Dziś wyjęli mi szwy. A opowieść jeszcze nie skończona, aczkolwiek dalej, to już będą same pozytywy. Chyba ;>

   05 czerwca 2006, 21:26 - poniedziałek
komentarze: 0
morbus vol.1
Zastanawiałam się od pewnego czasu, czy mam pisać dokładnie o mojej chorobie, z racji tej, że wiąże się ona z dolegliwościami mało estetycznymi, mało przyjemnymi i dość intymnymi. Blog istnieje jednak głównie z założeniem niejako terapeutycznym, dlatego też zdecydowałam się na brak "cenzury".

Muszę się wypisać.

Od poprzedniego szpitala czas minął bardzo szybko, wszystko było coraz lepiej. Brałam codziennie mnóstwo leków, 17 tabletek dziennie, jeśli mam być szczera. Aż kupiłam sobie specjalną kasetkę, taką, jak mają starsze, schorowane panie. Jako dziewczę sumienne nie mialam raczej problemów z zapominaniem leków. Raz jeden musiałam się wracać do domu po kasetkę, a konkretniej to RG musiał, prawie o 23, gdy za którymś razem zostawałam u Niego na noc. Leki, dieta i cackanie się ze sobą zapewniły mi piękne dwa miesiące. Bez bólu, z dodatkowymi, słusznymi kilogramami. Prawda, wyglądałam jak chomiczek, ale to ze względu na dość duże dawki sterydów, które musiałam przyjmować. Szczerze mówiąc, o była jedyna rzecz jaka mi przeszkadzała w tej chorobie. Nie mogłam patrzeć na swój ryj, spuchnięty i na dodatek z pryszczami, bo ochronne działanie hormonów już się skończyło. No ale jakoś dawałam sobie z tym radę, ciesząc się tym, że nie boli. Wiadomo, było to życie trochę zalęknione, czy to, co jem, nie zaszkodzi, czy wszystko będzie ok. Ale było. Aż do 22 maja.

21 obchodziliśmy naszą pierwszą rocznicę. Było cudownie. Wybralismy się na koncert hs do Strzegomia, grali też MKL, w których się zakochałam, szczególnie w shake banana. Chłopaki z hs zadedykowali nam "łydkę", złożyli zyczenia. Ja w zielonej spódnicy za kolano, kabaretkach, żakiecie, czułam się piękna i szczęśliwa. Wracaliśmy dość wcześnie, aczkolwiek z pożądanymi atrakcjami. Do Poznania zlądowaliśmy około północy, miałam spać u RG, bo od Niego miałam bliżej na poranny wykład. Pieprzone remonty stały się niezłym pretekstem. Zasnęliśmy bardzo szybko, zmęczeni jazdą.

Około siódmej obudził mnie ból. Myślałam, że szybko minie, starałam się nie zwracać uwagi: wędrówka do toalety, powrót w ukochane ramiona... nie przeszło. Zaczynało bolec coraz bardziej w prawym podbrzuszu. Przestraszyłam się, wiadomo. To miejsce na wyrostek, albo miejsce Crohnowe, najbardziej typowe dla choroby. I coraz bardziej i bardziej. Obudziłam RG, nieszczęśliwa, nie lubię cierpieć przy Nim. Zadzwoniłam po radę do Matki, zdecydowałam się wezwać pogotowie. RG dzwonił, a ja prawie już płakałam z bólu, któr przychodził paskudnie, falami. Bałam się.

Przyjechali o ósmej, dowodził nimi jakiś lekarz arabskiego pochodzenia. Wypytał mnie o miesiączki i w ogóle nie zwrócił uwagi na to, co mówię mu o chorobie. Nic a nic. Wypisał mi skierowanie na kontrol u ginekologa, dał w rzeźnicki sposób zastrzyk rozkurczowy i pojechał. Dało mi to wszystko tyle, że mogłam dojechać do domu i podjąć tam jakąś decyzję. Zapisałam się do gina na popoludnie, RG pojechał do siebie, mnie udało się zdrzemnąć, ale ból wrócił i mnie obudził. I tak już sobie bolało. Ginekolog to bardzo mądry facet, na szczęście. Obadał mnie bardzo dokładnie, stwierdził, że z jego punktu widzenia wszystko jest ok, tylko, że wykazuję objawy tzw. ostrego brzucha i że powinnam udać się na izbę przyjęć chirurgiczną, bo jemu to wygląda na wyrostek.

Spakowałam w domu koszulkę nocną i kapcie i pojechałam na Kurlandzką... Na badania tam wieźli mnie już wózkiem, bardzo kurczowo mnie bolało. 20 minut USG nie wykazało co mi jest, wiadomo było, że jest bardzo ostry stan zapalny. Kroplówki i obserwacja.

Następnego dnia cała czereda lekarzy postanowiła mnie obejrzeć, obmacać, obdusić. I nic. Oni nie wiedzą co to jest, będą mi dawać antybiotyki i zobaczą, co wyjdzie. Cały wtorek czułam się lepiej, poza wieczorem - nagle napadł mnie znowu straszny ból, powalający i aż do wycia. Cholerna pielęgniarka stwierdziła, że brałam przeciwbólowe 1,5h temu i że już nic nie mogę dostać. No to sobie wyłam jeszcze godzinę i zawołałam znowu. Tym razem dostałam coś, zasnęłam, przeczekałam.

Rano wielka komisja stwierdziła, że nadal nie wiedzą co to, ale że w południe mnie zoperują. Załamałam się na takie stwierdzenie, zadzwoniłam po Mamę. Potem wersja była taka, że operują i chyba wytną mi całe jelito, bo to pewnie jednak złośliwy atak Crohna. Potem to przestało mi zależeć, skończyły mi się łzy, został mi już tylko ból i takie dziwne otępienie, powstałe pewnie, przez ponad 39 stopni gorączki. A potem to stwierdzili, że Oni nie dają rady i że przewożą mnie do kliniki na Przybysza, bo tam są najlepsi. Pojechałam karetką, słaba jak szczenię, bo nie jadłam już drugi dzień. Na wszelki wypadek trzymali mnie na czczo.

Na Przybysza to już był tylko korowód lekarzy i domysłów. Mnie było obojętne, ja, twarda kobietka, płakałam i miałam dość. Wszyscy byli bardzo mili, ale wizja resekcji całego jelita wisiała nieuchronnie. Wraz z wyłonieniem stomii, czyli brzusznego odbytu. A potem jeszcze dwie operacje - zbudowanie sztucznego zbiornika i zamknięcie stomii. Piękna perspektywa. Zakończyło się na stwierdzeniu - otworzymy i zobaczymy co będzie. Tragedia. Operację wyznaczono na godzinę osiemnastą. RG był przy mnie cały czas, razem z Mamą, wspierali mnie szykowali etc.

c.d.n.

   03 czerwca 2006, 12:18 - sobota
komentarze: 0
...
Kolejne dwa tygodnie w szpitalu.
Wyratowali.
Dziękuję.