28 marca 2006, 22:07 - wtorek
komentarze: 0
I'm still hungry
Nie chce mi się pisać o ponad dwóch tygodniach w szpitalu, o badaniach, o wykryciach, podejrzeniach, zastrzykach, siniakach i takich tam. Może to zbiorę, zapiszę, ale później.
Skupmy się na efektach.
Jem. Śpię. Ważę już 57kg. Połykam 17 tabletek dziennie, w tym sterydy, które mają mnie wprowadzić w okres remisji. Mam cholerny apetyt na słodkie. Mam guza w wątrobie od antykoncepcji, wykryty przez przypadek. Nie mieszczę się w brązową sztruksową spódnicę. Rzuciłam palenie 14 marca (w szpitalu paliłam :P w szlafroku na podwórku). Nic mnie nie boli. Nie mogę w to uwierzyć. Odżywam. Był nawet seks, pierwszy po dwóch miesiącach.

Nie było mi łatwo z tym wszystkim, z pogodzeniem się, że jestem chora do końca życia. Z powrotem na uczelnię i do domu. Z Mamą. Mama jest raczej kiepskawa. Pół dnia z reguły leży, chyba, że czuje się lepiej akurat. Mija miesiąc od jej operacji, ciągle ją bolą okolice rany, ba, mają prawo boleć do pół roku. Kaszle, narzeka na bóle pleców, nic nie może robić. Prasuje, bo na to się uparła. Po 3 koszule na raz, a nie tak jak kiedyś 15. Krzyczę na nią (ale z uśmiechem, żeby nie było i z troską), żeby nosiła w lewej ręce, nie podnosiła ręki prawej za wysoko, uważała na siebie, chuchała, dmuchała i w ogóle. Stara się, dzielna jest. Będzie lepiej, ale wszyscy mamy świadomość tego, że powoli, powoli. To pół roku to faktycznie trzeba jakoś przejść...

Robię w domu wszystko, co mogę. Czasami mam dość, naprawdę. Mama jest mózgiem i służy do koordynacji prania, bo jakbym miała myśleć jeszcze o tym, czy bracia mają wysterczającą ilość gaci, to bym na łeb dostała. Piorę, wieszam, zdejmuję, robię wszystkie zakupy, gotuję, sprzątam w kuchni, łazience, ubikacji, korytarzu, sionce, u siebie, ostatnio takżę w pokoju rodziców, żeby Mama leżała w czystym otoczeniu, bo wiem, że nie lubi kurzu. Karmię zwierzęta. Codziennie zajmuję się zmywarką etc. Jestem na każde zawołanie, jak trzeba. Energia moich braci, która musiała się objawić, gdy obie dbające o nich kobiety były w szpitalu, wygasła, a nawet cofnęła się poniżej zera. Namówienie mężczyzny na wyniesienie śmieci graniczy z cudem. Jedyne, co im nie przeminęło to dobra organizacja wyjść z potworami, na szczęście, chociaż i tak przeważnie 50% wyjść obstawiam ja. Ale nie jest źle. Wiem, że Mama to docenia i wymieniam to wszystko też nie po to, żeby powiedzieć - wymiękam, ale po to, żeby spojrzeć na tę listę, uświadomić sobie, że jestem potrzebna i robić to dalej.

Studiuję delikatnie dość, ten semestr jest nudny jak flaki z olejem. Teraz to w ogóle mamy mało zajęć, bo robimy praktyki. Cały zeszły tydzień miałam hospitacje w gimnazjum, od wczoraj uczę, razem z Misią. Idzie nam naprawde nieźle, nawet nam się to podoba. I kartkówki sprawdzałyśmy. I pytamy. I układamy test. I przygotowujemy się do każdej lekcji. Fajne nauczycielki jesteśmy, nie ma co. I tylko praca magisterska mi padła, grant się kończył, moja Agnieszka niebawem broni doktorat, skończyła doświadczenia jak byłam w szpitalu. Nie dało rady inaczej. Czekam na nowe eksperymenty... pod koniec wakacji ;/

Z chorobą będzie mi się już wiązać dieta. Teraz, aby przyspieszyć powrót do normalności, czyli remisję, dbam o to, co jem. Nie jest to tłuste, nie jest smażone, nie wzdymające, nie ostre etc etc. Gotuję sobie drób, cielęcinę, wpieprzam szpinak, buraczki, marchewkę, gotuję jabłka, piję kawę zbożową, zagryzam delikatną kawiarką, jem polędwicę w kurcząt i dżemiki. Tak sobie wymieniam, jestem tego rzecz jasna więcej, np. jaja i ryby też jadam, ale nie ma co pisać o diecie :P Ale gotowanie dla siebie jest fajne. Śmieszne, ale fajne. Małe garnuszki, co wymyślić, żeby nie było nudno... I żeby było dużo, bo pochłaniam :D

Nie wiem, jak zapisać to, co mi chodzi po głowie. Nie umiem tak, żeby nie było to hmmm, wzniosłe? Ale każdego dnia dziękuję za RG. Komuś, Bogu, życiu, losowi. Podczas tego, co przechodziłam, najpierw z Mamą, potem sama w szpitalu, potem po szpitalu ani razu mnie nie opuścił, nie odmówił niczego. Był zawsze gdy trzeba było i gdy nie było trzeba. Był rano i wieczorem, płakał raz ze mną, wychodził po kwadransie, gdy chciałam spać, dawał się targać po brodzie. Najlepszy, najukochańszy, najbardziej cierpliwy. Dobry. (Po takim sprawdzianie nie można mieć żadnych wątpliwości, jaki to dobry materiał na męża :P No ale to jeszcze półtora roku. Niecałe!).

A skoro RG taki cudowny, to ciekawe, jakie będą jego dzieci. Hm... mamy fazę na potomstwo ostatnio, nie ma co. Bardzo, bardzo chcemy. Ładnie będę wyglądać w ciąży, wnioskuję oglądając mój powiększony po szpitalu brzuch. Ale nie teraz. Zdrowie, studia, ślubu jeszcze brak. Poczekamy, mamy w sobie już teraz wiele miłości, może ona jeszcze się zwiększy? (wtedy to od razu bliźnięta).

I tym podwójnym, optymistycznym akcentem...

   04 marca 2006, 15:40 - sobota
komentarze: 0
:)
żyję
jestem w szpitalu od 22 lutego
mam wlaśnie 4h przepustki, tak mało, bo ciągle jestem na dożylnych lekach
leczą mnie na chorobę Leśniowskiego-Crohna
do końca życia będę się zmagać
ale zmagam się
jest lepiej, śpię, jem
przytyłam nawet ciut
Mamę zoperowali, będzie w domu szybciej niż ja
trzymajcie kciuki