Wszystkim wszystkiego, a sobie bardziej szczegółowo.
Życzę sobie roku pełnego miłości, tej intymnej, między mną a RG, tej rodzinnej, w naszym domowym cieple i tej przyjacielskiej z Anikiem i Mauą.
Życzę sobie ciekawej i owocnej pracy w laboratorium i samych piątek z egzaminów.
Życzę sobie wreszcie zdrowia.
Życzę sobie rzucenia palenia.
Życzę sobie dobrej muzyki, dobrych książek i żeby mnie na to wszystko było stać.
I świętego spokoju też sobie życzę, a co.
Dalej na ruszt idzie problem, o którym muszę napisać, bo męczy. I to w dwójnasób. Fizycznie sprawa wygląda tak, ze mam drażliwy układ żarciowy i byłam na lekach. Leki przestały jednak pomagać i w chwili obecnej z nimi jest źle, bez nich jest źle. Boli. Boli. Paskudnie czasami boli. Można sobie ulżyć leżeniem, spokojem, można czasami gorącą herbatą, czasami przerwą czytelniczą w miejscu nie do końca do tego przeznaczonym. Ale to tylko chwilowa ulga. A ból zmienia życie w karykaturę, ból wykrzywia szczęśliwą skądinąd twarz, ból odbiera zdolność do myślenia, pożądania, chęć i przyjemność jedzenia... Gdyby to bym sam ból... nie było by tak źle. Ale poza nim jest jeszcze coś. Drugie męczenie Aleksandry. Jest mnie mniej. Chudnę, drastycznie. Nie, nie mam anoreksji, psychicznie czuję się nieźle, kocham jeść i przeklinam chwile, gdy przez ból nie mogę. Mam kochające środowisko, "mam wszystko, czego może chcieć uczciwy człowiek - światopogląd, wykształcenie, młodość" i tu jeszcze powinno być w cytacie zdrowie, ale o tym chyba nie mogę śpiewać. Ale chudnę. Zaczęło się wiosną od mądrego zęba, który ograniczył moje spożycie do kaszki raz dziennie. Efekt wtedy był zadowalający, 56-57 kg przy wzroście 173 cm, wreszcie brak "nadmiarowych" (w znaczeniu niepotrzebnych, aczkolwiek ciągle w normie) kilogramów, lepsze samopoczucie, swobodne noszenie spódnic po Ciotce. I gdyby tak zostało, było by bardzo dobrze, to była wciąż norma. A teraz jest już klasyczna niedowaga, 52-53kg. Wystają mi kości biodrowe, co zawsze mi się podobało, ale wg Matki wygląda nieestetycznie. Całe szczęście, że tylko lekko wystają, a nie kościotrupowato... No ale jest, jak jest. Wymiary niewielkie, co nie cieszy, jeśli chodzi o biust :) No i jednak strach. Co się ze mną dzieje? Co z tego będzie? Jakie badania? Po nowym roku idę do lekarza, zobaczymy.
Czas mija, wraz z nim rok akademicki, bardzo spokojnie, jak na razie, zagłada szykuje się dopiero w styczniu. Jeden egzamin mam już zdany na 5-, teraz jeszcze tylko pięć innych :) Ale dam radę, zacięta jestem niezwykle, jak zawsze, zdążyłam się już przyzwyczaić do mojego stypendium, mimo, że widuję je co miesiąc bardzo krótko. Wkurza mnie kilka spraw uczelnianych, inne martwią. Wkurza mnie to, że na pedagogikę prawie nikt się nie przygotowuje, jestem zdecydowanie wiodącym głosem na ćwiczeniach. Szkoda prowadzącej, która od pewnego czasu mówi już tylko do mnie "czy znalazła Pani może w swoich materiałach...?". Jak kogoś to nie interesuje, to po co poszedł na kurs?! Na wykłady z kursu nie chodzi ponad 50% osób, jak już ktoś jest, to tylko narzeka, w większości. Moja grupa jest krystaliczna, przy innych, muszę przyznać, taka nasza specyfika. Ale reszta, szkoda czasami słów. Co mnie martwi, z kolei, to sytuacja w polskich szkołach. Nie mówię, że ja tam trafię na 100%, owszem, porządnie się przygotowuję, ale jednak priorytetem jest dla mnie zostać na uczelni. Jeśli jednak zostanę nauczycielką (mam nadzieję, że dobrą), to naprawdę czasami boję się myśleć o tym, co mnie czeka. Młodzież, ba, dzieci, mają wyroki, kuratorów. Maja zaświadczenia, ADHD, są mało zdolne i są świętymi krowami. A ja, nawet jeśli chcę włożyć serce w nauczanie i wychowywanie dzieci, to jestem na dość przegranej pozycji. Nauczycieli się nie szanuje, nauczyciel męczy zawsze ucznia etc. Ale nie ma co rąk załamywać, tylko dobrze się przyuczyć do tego zawodu, a resztę dać zweryfikować życiu. Jakoś to będzie.
Życie prywatne może mi za bardzo nie kwitnie, mam na myśli jakieś balangi, czy imprezy. Owszem, z Anikiem piekłyśmy pierniczki i był to jeden z najlepszych dni tego roku, owszem z dziewczynami z grupy byłam w knajpie, widziałam się też z D. i P. i T. I koncert był urodzinowy. I Xiążę wizytował nas dwa razy. Ale jakoś bez sensacji. Miło, ale bez sensacji. Nie te czasy, gdy człowiek o trzeciej wychodził od E.M. z Lodowej i drałował na nocny modląc się, żeby nogi mu się nie zaplątały. Starzeję się :)
Ł. wrócił do Poznania. Poświęcam mu z tej okazji całą osobną linijkę.
Z RG cudownie, zero wątpliwości, sierpień 2007 jest nasz. Dowodu na decyzję jeszcze nie ma, nie wiem, kiedy będzie, nie moja sprawa. Ja tylko ładnie wyglądam :)
O reszcie później...









