A co do dbałości o wygląd, do kobiecości etc. To wszystko wina RG! Chcę być dla Niego jak najpiekniejsza i potem mam za swoje, o ciuchach myślę. No ale kiedy słyszę, że się podobam, że ładnie, że tak ma być, to się rozpływam. Poza tym On też lubi zakupy i ostatnio to dzięki Jego namowom (i na pożyczkę) kupiłam spodnie w Reserved, śliiiiczne. Jasna oliwka, subtelna kratka, grubszy materiał, rozszerzane na dole, u góry jak szyte na wymiar. Figlarny kwiatek na tyłku i dzyndle z tyłu. Generalnie - boskie! Ale dość zawracania głowy ciuchami, ile można robić z siebie DELFika.
Gotuję, staram się od czasu do czasu coś stworzyć, mimo, że warunki uczelniane nie sprzyjają. Ale weekendy, czy inne okazje wykorzystuję jak mogę. Nie zaspokaja to moich ambicji kulinarnych, nie mam czasu na testowanie nowych przepisów, ale daję jakoś radę. Zresztą po porażce z imieninowym ciastem B.M. (miało stężeć, nie stężąło cholerstwo), mam mało zaufania do przepisów z internetu. Chyba, że z grupy kuchennej,
gdzie zawsze chętnie przebywam. Najbardziej jednak brakuje mi wspólnego gotowania z RG, coraz częściej to On mnie dokarmia po zajęciach, bo ja padam na pysk no i wracam późno. Ale jeszcze coś zmajstrujemy, a co.
A jak jedzenie to i picie - powinnam zostać abstynentką, jak nic. Po każdej większej libacji (większa to znaczy ponad dwa piwa, ponad dwa kieliszki wina, ponad jednego drinka), mam problemy żołądkowe, budzę się w nocy i w ogóle nie teges. Ale niestety, wszystkie okazje kuszą a rozsądek czasami chowany jest w kąt.
Z innej beczki. Wczorajsza impreza u D. i P. z wiadomych względów w pewnym momencie zeszła na tematy ciążowe. T. relacjonowała, że dobrze się czuje, ze młode się rusza, że niedługo poznamy płeć etc. I tak jakoś wyszły porody, porody rodzinne, opowieść o tym, jak malutki I. objawił się światu. I zawsze w takich momentach mam dwie myśli. Pierwsza to taka, że nie chciałabym, żeby mój mężczyzna mi towarzyszył, gdy się wydzieram, leżę rozkraczona no i to wszystko się dzieje. Nie wyobrażam sobie, żeby mógł mnie potem pragnąc i pożądać, skoro widział mnie taką sponiewieraną. RG twierdzi inaczej, ja mu w zasadzie wierzę, ale skoro na razie nie muszę, to zdania nie zmieniam. A druga myśl, to skrupulatnie tajona, pakowana w najdalsze zakamarki umysłu mała zazdrość. O R., o I. Czy można przestać kochać matkę swojego syna? Czy można kochać drugie, tak jak pierwsze? Ja wiem, że to inaczej, że nie tak, że nie ma porównania. Ale czasami, raz na ruski rok, przychodzi to małe ukłucie, które natychmiast deportuje R. na Grenlandię, bo "on ją pewnie w środku jeszcze kocha". Ale to raz na jakiś czas i jest to przeze mnie konsekwentnie mordowane. Bo to głupie. Ale wyrzucić też z siebie czasami trzeba.
Co do głupot, to ja w nich celuję, nie ma co. Szczególnie jeśli chodzi o cele pasjansowe i wróżenie sobie z kart, kiedy RG stwierdzi, że tak, że tylko ja na resztę życia i mi to zmaterializuje. Oczywiście wywiązała się z tego rozmowa, nawet ze szczegółami (rodzaj metalu, kamień, rozmiar), po której było mi trochę głupio. Ale w sumie nie mam czego sie przejmować, nie mam co ukrywć. Chcę tego tak bardzo, jak niczego w życiu, tego naszego wspólnego każdego dnia. Tylko mam takie wrażenie czasem, jakby to niestosowne było, to moje zdecydowanie, przy młodym wieku i fiubździu w głowie. Tak z zewnątrz. Ale chyba nie. Chyba to jednak porządny i solidny kruszec, a nie jakiś tombak, pamiętając o Kresce i Maćku (kto czytał, ten wie).
Bo przecież czym się przejmować, skoro wszystko jest dobrze? Przecież nie będę nic na siłę psuć, kłotnie mi nie wychodzą (wczoraj próbowałam, ale nie potrafię, nie mam serca do tego i powodów), rys na krysztale szukać nie będę. RG jest niesamowicie czułym, dobrym, troskliwym, kochanym facetem, ma swój styl, swoje zdanie, swój sposób na życie i to wszystko mi odpowiada. Dla mnie jest tam miejsce. Pytanie, czy ja odpowiadam Jemu. Ponoć tak. A ponieważ ja mu wierzę, no to...
No to siup. Koniec na dziś.
Nawiązując do ostatniej notki, pies ma się dobrze. Moja malutka bardzo dzielnie przeszła przez operację, wszystko się wygoiło, a już drugiego dnia po chciała skakać z tapczanu. Stan psychiczny właścicielki był w tych dniach trochę zachwiany, bowiem oddawanie swojej wypieszczonej i ukochanej suczki w ręce obcego chirurga było przeżyciem ponad moje siły. Łzy w oczach i zaklinanie w myślach potworka, żeby się nie bał, że ja przyjde po południu, że wszystko będzie dobrze i że nie będzie bolało. No i chyba mi uwierzyła, bo po 8h witała mnie merdaniem ogonem, a ja znowu chciałam płakać widząc osłabione maleństwo, jeszcze niepewne na nogach po narkozie, z wielkim plastikowym kołnierzem, który z każdym psim krokiem obijał się o otoczenie. Ale nauczyła się chodzić w kołnierzu, następnego dnia nawet w nim jadła i tylko potwór numer dwa dostawał dzikiej amby na jej widok. Pewnie myślała, że to ufoludek, a przed atakimi to najlepiej uciekać z podkulonym ogonem. Ale przeszło, wszystko jest teraz dobrze, następna operacja na drugiej suczce, na wiosne. Mam dość urojonych ciąż, guzów na sutkach itp.
A w dzień operacji oczywiście wspierał mnie RG, który dziwnym trafem potrafił zrozumieć moje nerwy i przyjechał, gdy zadzwoniłam. Tulił, czekał razem ze mną na wieści, wreszcie, ze mną po psa pojechał. Cudowny.
Kiedy pies się kurował, ja balowałam, byliśmy z Rg na jednym wernisażu, gdzie wzruszyłam się jak mops filmem nastolatka o znanej aktorce i jej cierpieniu. Siedziałam też przy jednym stliku ze sławnym reżyserem i jeszcze z profesorem. Ot, towarzystwo RG :)
Dalej były Jego urodziny, jeszcze nie okrągłe, ale już rychło zwiastujące. Impreza wyszła bardzo miło, RG był świetną gosposią w trakcie, ja gotowałam, piekłam i ładnie wyglądałam, a śliwowica łącka jest niedobra. Godzinę mi się odbijało zdechłą sliwką po jednym kieliszku. Ale całość ok, tort wiśniowy dobry, carbonara też, tylko za dużo :) Była D. z P., dwie pary bliskich przyjaciół RG, Była nawet R. z I. i swoim nowym partnerem. I Ci wszyscy, po części obcy sobie ludzie, dogadywali się bez problemów. A jak wyszli, to ja pierwszy raz oficjalnie i spokojnie położyłam się spać obok mężczyzny, którego kocham. Jestem banalna, ale budzenie sięe obok niego, w nocy, gdy ja wybywam na chwilę z łóżka jest śliczne, bo On przez sen jakby robi mi miejsce, gdy wracam, przykrywa mnie kołdrą i nie otwierając oczu całuje mnie w ramię. Powalające.
Tort urodzinowy był pretekstem do odwiedzin u Babci RG . Trema mnie zjadała ogromna, ale jakoś chyba dobrze wypadłam, ufff.
Potem zaczął się rok akademicki, z zapchanym planem przez kurs pedagogiczny, z małą ilością wiedzy specjalistycznej, ale nareszcie z ludźmi i z laboratorium. Pierwszy dzień świętowaliśmy u E.M., wino różowe zawsze smaczne i zdrowe, a następnego dnia na wykładzie z Filozofii miałam niebotycznego kaca. Ale cóż, dobra okazja była :)
Uczę się teraz dziwnych rzeczy - filozofia mnie męczy, gadanie o niczym nigdy mi się nie podobało, no chyba, że po dwóch piwach. Ale powoli się to poprawia, może już będzie coraz lepiej.
Psychologia nie jest pasjonującym przedmiotem, jaki wyobrażali sobie wszyscy, że poznamy zagadki swojej duszy, umysłu, psychiki i położymy się na kozetce. To przystępna i konkretna wiedza, odarta z nimbu tajemniczości. No chyba, że na ćwiczeniach, gdzie prowadzący przynosi nam proste testy psychologiczne, a ja wariuję słysząc niektóre opinie ludzi z mojego roku. Jako zwolenniczka bycia twardym, ambitnym, świadomym swojej wartości człowiekiem, zdziwiona jestem obecnością licznych neurotyków i introwertyków. Może to mało tolerancyjne, ale jak 10 osób ma problem ze wskazaniem swoich mocnych stron to mnie to jednak dziwi. Wiem, że blisko stąd do zarozumialstwa, ale ja wolę czuć się lepsza niż gorsza. Bycia gorszą mam już dośc.
Pedagogika to mój ulubiony przedmiot, chyba mam w sobie jednak tę duszę pedagoga, uwielbiam wykłady i ćwiczenia, lubię dyskusje o polskim szkolnictwie i szukam sposobów na dobre nauczycielstwo. Oczywiście wiem, że samym gadaniem nic się nie załatwi, no ale jakieś podstawy teoretyczne trzeba mieć. A ja w końcu zamierzam zostać nauczycielem. Tyle, że akademickim :)
Dydaktyka jest raczej nudnawa, na razie wszystko kręci się dookoła konspektów lekcji, papierkowa robota i ścisłe określenia. Ale do przeżycia.
Z kierunkowych przedmiotów mam wykład z błon biologicznych, z profesorką, która wykładać nie lubi i nie umie, ba, jeszcze się do tego przyznaje! Tak więc przedmiot, mimo, że ciekawy, jest lekko denerwujący, tym bardziej, że powinien być ze spokojem w zeszłym roku, teraz już dużo o tym wiemy.
Na koniec biokrystalografia, realizowana na wydziale chemii, trudna jak cholera, geometryczna, zagmatwana i męcząca, ale mimo to - ciekawa.
Osobny akapit poświęce natomiast dwóm moim odkryciom uczelnianym tego roku. Seminarium i pracownia magisterska. Dwa prywatne oskary.
Seminarki na naszym etapie to po prostu referaty, 30 minutowe wystąpienia, poparte niestety tylko foliami z rzutnika, bo mamy w zakładach nieskomputeryzowanych. Pole do popisu dla ludzi, którzy jak ja, lubią mówić do innych. Oczywiście prowadziłam pierwsze, jak mogłam sobie odpuścić. W końcu na razie opiekuje się nami mój promotor, więc musiałam go przekonać, że mam wiele talentów :P I dobrze wyszło i ciekawe to jest.
Pracownia to jest coś niesamowitego!!! Kilak słów o moim promotorze, najpierw. Otóż ten niesamowity człowiek był doskonale przygotowany do organizacyjnego spotkania dla swoich magistrantów i już w pierwszym tygodniu października porozsadzał nas po opiekunach naukowych i powyznaczał projektu, adekwatne do zainteresowań. Skąd to wiedział? Rozmawiał z nami w zeszłym roku i zanotował! i w ten sposób trafiłam do bardzo interesującego projektu, badającego ekspresję genów za pomocą macierzy DNA, pod skrzydła Agnieszki, doktorantki, bardzo miłej. Mam już swój kubek w zakładzie, umiem już trochę więcej i nie mogę się doczekac kolejnej pracowni!
A końcowa wieść uczelniana to, uwaga, uwaga. Otrzymałam stypendium naukowe. Oklaski. Kurtyna.
A poza tym, tak prywatnie, to wszystko jest dobrze. Martik wpadła ze swojego stypendium na tydzień, spotkałyśmy się z Ann w Brovarii, dobrze, że Wv krążył po mieście i zawiózł mnie do domu, bo my jak zawsze zaczęłyśmy łoić tequillę. I było suuuper. Ann poznała pewien sekret kobiecy, więc za to też musiałyśmy wypić... Spotkałam się tez z Mauą, ale na szybcika, bo choroby nas goniły i nauka i praca. Co nie zmienia faktu, że było super.
Teraz ostatnio złapała mnie choroba, kaszlę ciągle, ale u mnie to z reguły trwa tygodniami, niestety, taki los. Oczywiście przez choróbsko opuściłam tylko dwa wykłady (bo byłam wtedy u lekarza), no bo po pierwsze, reszty mi było szkoda, a po drugie, musiałam przyzwyczajać organizm do trudnych warunków, skoro szykowały się dwa koncerty. W czwartek byli hs, niestety w najgorszym miejscu w mieście. Wokalista prawie zasłabł, pot lał się z sufitu, przemokły mi nawet gąbki w staniku. Co nie zmienia faktu, że koncert był dobry, a ja wypociłam mnóstwo wody i czułam się od razu lepiej. Rzecz jasna zdrowy rozsądek nakazał się przebrać, szkoda, że zapomniał o tym, że RG jest tak samo mokry jak ja i to Jego wysłałam na zimno bo ciuchy. No ale same by nie przyszły, to nie frugo. Po koncercie nasiadówa z zespołem, gadki, żarcie, miło było.
Następnego dnia HURT, ogromne zaskoczenie jak dla mnie, nie myślałam, że będzie aż tak fajnie. Co prawda znam ten zespół od dawna, ale bardzo pobieżnie, dopiero koncert przypomniał mi niektóre stare numery. Bardzo pozytywnie było.
Wczoraj z kolei impreza urodzinowa P., kolejny tort mojej produkcji i niestety ogromna senność. Zmylismy się ok. północy i po raz kolejny na pół oficjalnie mogliśmy przespać razem tę jedyną w swoim rodzaju, dłuższą o godzinę noc. Nie będę pisać za wiele, bo słów mi braknie, wspomnę tylko tyle, że nie znałam swoich reakcji i nie spodziewałam się, żę dochodzenie do siebie potrafi mi zająć aż tyle czasu (c.a. 4h). Wszystko kwestia partnera :)...
Dalsze przemyślenia może później, na razie dość, na razie poplotkuję z Matką. Ale coś tu jeszcze na pewno będzie, mniej kronikarskiego...









