29 września 2005, 10:09 - czwartek
komentarze: 0
nie mogę mieć dzieci
No za cholerę. Jeśli odprowadzenie suczki na sterylizację przekracza moją sprawność psychiczną i opanowanie, to co ja zrobię, jak mój potomek kichnie?!
   28 września 2005, 22:56 - środa
komentarze: 0
A noc się do mnie śmieje
Uwielbiam takie szczęśliwe głupawki jak dziś, które kończą się pokrywaniem pocałunkami wielu centymetrów ukochanego ciała. I tak jest dobrze i tak ma być.

Madziara dzisiaj mnie wymęczyła, biorąc za modelkę w salonie. Miałam na głowie fryza ślubnego, że nic, tylko do USC. Ale... ale nie :> Nie dla mnie takie koczki-loczki, nawet RG się skrzywił. Loki owszem, na rozpuszczonych włosach, delikatne fale.

Jutro imieniny B.M., muszę mu prezent kupić i eksperymentalne ciasto zrobić. Mój kochany Braciszek.

A eire zrobiła mi dzisiaj miłą niespodziankę, dając możliwość doczytania jej życia z Julką. Dziękuję :)

Massive Attack - Teardrop przeplata się z Korespondencją pośmiertną Świetlików. Mrauk.

   25 września 2005, 22:56 - niedziela
komentarze: 0
a tak w ogóle, jeszcze muzycznie
"...I never made promises lightly
And there have been some that I've broken
But I swear in the days still left
We'll walk in fields of gold...

Siedze z łbem w ręczniku, czekam na RG, jedziemy do znajomych. Piję białe wino, czytam i wkurwiam się trochę bez sensu na cały świat. Ale On przyjdzie i mi przejdzie.

   25 września 2005, 15:28 - niedziela
komentarze: 0
ta ostatnia niedziela
Ostatnia prawdziwa, wakacyjna niedziela. Ta następna będzie pewnie leczeniem kaca i szykowaniem się na zajęcia. Jesień dookoła, powoli robi się złoto, jest jeszcze bardzo ciepło - uwielbiam taką pogodę. No i te tanie pomidory, gruszki, jabłka, papryka - ach. Chociaż ostatnio, dla odmiany upiekłam zwykłą babkę, bo ciast z owocami jakoś miałam dość.

W domu miło, nikogo nie ma, robię, co chcę, aczkolwiek zamierzam już powoli przestawiać się na wcześniejsze wstawanie. Jak nie postawię sobie bata nad głową, to ciągle będę budzić się krótko przed południem. A to szkoda czasu. Mama miała dwa dni urlopu, pracowicie sprzątnęłyśmy kuchnię, odwiedziłyśmy cmentarz, zadowolone jesteśmy z tych dni.

Z RG widuję się prawie codziennie, jakby na zapas przed rokiem akademickim. On się śmieje, że dwóch dni beze mnie nie wytrzyma, a ja odpowiadam, że czasami potrzebuję oddechu. Chociaż, ku mojemu zdziwieniu, jakoś wcale tak nie jest. Zawsze wymagałam przerw w spotykaniu, a teraz mogę widzieć RG dzień za dniem. Nawet jeśli nie robimy nic ciekawego, a tylko leżymy i rozmawiamy. Chociaż te rozmowy są ciekawe, bardzo ciekawe. Chciałabym, żebyśmy zawsze umieli tak ze sobą rozmawiać.

Wspólny czas, zapychanie mnie chrupkami paprykowymi (wczoraj zjadłam dwie paczki!), jakiś film, kolacja, tulenie, czułe słowa, fantastyczny seks. Niesamowite, prawda? Ale najbardziej niesamowite są nasze śmiałe plany. Widać mam w genach szybkie zakochiwanie się i podejmowanie decyzji, no ale za dwa lata... Tak, za dwa lata chciałabym związać to swoje życie z życiem RG i już tego nie ruszać. Mieszkać razem, budzić się obok, słuchać siebie nawzajem, robić sobie śniadania, martwić się, czy wystarczy kasy na wszystko. Żyć razem, po prostu. Z małym świadectwem decyzji, noszonym na serdecznym palcu. Oczywiście zawsze przychodzą myśli, czy to dobry pomysł, czy jestem gotowa, czy dojrzała, czy wytrzymam z tym jednym facetem do końca życia. No mam jeszcze dwa lata, to tylko plany, zaręczyn nie ma - mogę powiedzieć tym, co bardziej histerycznie przejętym. A tym, którym ufam i którzy mnie rozumieją mówię - tak, to jest to. Może ktoś pokiwa głową, ileż to razy próbowałam związków i rozwiązków... Ale trzeba szukać, żeby znaleźć. Znalazłam.

A RG jest cudowny, trzeba mu to przyznać. Fakt, zastanawia mnie, że nigdy się nnie pokłóciliśmy, mutanty jedne. Czasami ja się oburzam na uszczypnięcie za mocne, ale zaraz mi przechodzi. Śmieję się, że to przez dużo dobrego seksu - endorfiny nie dopuszczają do głosu negatywnych emocji. A może ich nie ma po prostu? Może tylko jest czułość, zrozumienie, miłość, radość i wspólne szaleństwa? I chrupki.

A zresztą...

Niech mówią, że to nie jest miłość
Że tak się tylko zdaje nam
Byle się nigdy nie skończyło
To wszystko co od ciebie mam...

   17 września 2005, 17:52 - sobota
komentarze: 0
i jakoś płynie to życie
...leniwie trochę, bo w końcu jeszcze wakacje. Po powrocie z Grecji miałam czas na spotkania ze znajomymi, jeszcze wyjazd z RG, na koncerty i do Buska. I potem do Warszawy. Pięknie było, pogoda z reguły dopisywała, a konińska pizza była jak zawsze świetna. Doskonale wspominam też spotkanie u Anny, plotki i rozmowy poważniejsze, okraszone przepysznym plackiem. I z Darką się spotkałam, gawędząc na balkonie, i Maua wpadła. Fajnie.

Teraz siedzę w domu, wyżywam się kulinarnie, a to pieczone pierożki, a to zapiekanki, a to śliwkowe ciasta. I dobrze, lubię to bardzo. B.A. dostał pracę, więc wreszcie jestem 8h sama w domu, mogę planować sobie zajęcia ze spokojem, nikt nie marudzi nad uchem. Chociaż z tym planowaniem, to tak nie zawsze wychodzi, kiedy budzę się przed południem :)

   06 września 2005, 14:49 - wtorek
komentarze: 0
po miesiącu zaniedbania bloga...
... należałoby złożyć jakieś sprawozdanie. No to postaram się, chwilę czasu akurat mam, mogę spróbować.

Grecja. 10 dni z własnym Ojcem. Troszkę niepewna byłam co do tej kombinacji, bo jeszcze nigdy nie przebywaliśmy tak długo, non stop razem. A jednak udało się i to doskonale - jesteśmy stworzeni do wyjeżdżania razem. To samo umiłowanie do zorganizowania, do chodzenia bokami, do słuchania każdego słowa pilota i pochłaniania kabanosów.

Dzień wyjazdu, 7 rano na dworcu, autobus zabiera nas pod Katowice, gdzie przesiadamy się do autokarów docelowych. Nasz jest duży, wycieczka liczy 65 osób, głównie pary zakochanych i przyjaciółek, czasami rodziny, dwie młode dziewczyny, Ojciec jako jedyny mężczyzna z dzieckiem. No, ale dziecko ma 174 cm, więc cóż :>

Podróż długa, wyczerpująca, tyłek obolały do granic, po drodze na postojach fajki, kawa, obiad był w miejscu przesiadkowym, resztę jedzonka mamy jeszcze z Polski. Jedziemy przez Słowację, Czechy, Węgry, Serbię, Macedonię, ponad 24h w sumie od domu. Krajobrazy cudowne, szczególnie Serbskie i Macedońskie góry, Węgry niestety zaliczamy w nocy. Wbrew obawom postoje są wystarczająco często, nie trzeba przebierać z nogi na nogę w autokarze. Ludzi powoli poznajemy, sąsiedzi z przodu wydają się być mili. Tata jak zawsze dba o mnie, czy nie głodna, czy zadowolona, czy herbatki, czy coś.
Wieczorem pierwszy hotel, dla mnie nowość, raz tylko spałam w hotelu, nie wiem nawet, że ten mały ręczniczek, to do położenia przed prysznicem. A prysznic się przydaje, bo tu na miejscu ponad 30 stopni, każdy chce też zmyć z siebie kurz podróżny. Kolacja smakowita, za dużo jak dla mnie nawet, oczywiście z deserem, Tacie się upiekło, wszędzie Jego ukochane arbuzy. Ponieważ jesteśmy na zadupiu, wieczór spędzamy w holu, pijąc grecką frappe, całkiem niezłą, wymieniając wrażenia. Czeka nas też miła niespodzianka - jako studentka z UE nie muszę płacić za prawie żadne wstępy. Będą euro na przehulanie :D Potem zaplanowanie następnego dnia i do wyra, bo w sumie spać się chce... Tata oczywiście zasypia po kwadransie, a ja jeszcze czytam Dicka, bo jakoś te wrażenia nie pozwalają zasnąć! Jestem w Grecji! Jejku! Na bieżąco melduję się RG, jeszcze nie tęsknię aż tak...

Drugiego dnia zwiedzamy klasztory w Meteorach: prawosławne kościoły, ikony, wysokie góry i fantastyczne widoki. Wiatr ogromny, na połowie zdjęć mam włosy gdzieś przez niego zaplątane. Kupuję pierwszą w życiu własną łyżeczkę do kolekcji, z greckim ornamentem. Po drodze lunch w Kalambaki, nie jesteśmy głodni, kusimy się tylko na dużą sałatkę - ach ta grecka feta. Ojciec ordynuje wino z beczki, o temperaturze 5 stopni, różowe, przepyszne. Jedziemy do Aten, znowu kilka godzin w autokarze. Późna kolacja i zaraz spać.

Trzeciego dnia antyczne Ateny, Akropol, świątynie, zabytki, dzielnica rozrywkowa. Ta ostatnia bardzo mi się podoba - Plaka. Spędzamy tam dwie godziny po południu buszując po sklepikach i wyszukując upominki dla znajomych, kupując kolejną łyżeczkę no i wymieniając wrażenia przy frappe i papierosku. Strasznie się w tej Grecji rozpaliliśmy, bo tam wszędzie można palić. Akropol piękny, Partenon zachwyca, no i wszędzie rosną oliwki. Pijemy sok z lodem za 16zł za pół litra (4 euro), wysyłamy kartki. Wieczorem "wieczorek grecki", też na Place, z tańcami smakowitych młodych Greków i smętnymi występami zespołu emerytów. Zakąski świetne, wyżeram do końca różowy jakby smalczyk, nie gardzę też kiełbaskami, tzatziki i winem. Ale za długo to trwa, w hotelu jesteśmy ok. pierwszej, chce się spać. Tęsknię tego dnia jak szalona, a RG odpisuje mi smsem o pierścionku, na co ja prawie płaczę w greckiej tawernie. Stęskniona, szczęśliwa.

Korynt, Mykeny, Epidauros, następny dzień. Tu potrzeba wyobraźni - same kamienie, szczątki kolumn, fragmenty murów. Ale i tak robi to wrażenie, powala. Epidauros to teatr o najlepszej akustyce na świecie, sprawdzamy to dzięki ariom operowym. Jedziemy nad morze! Hotel w Tolo, szybkie ogarnięcie i oczywiście wbijam się w kostium i chce na plażę. Tata łaskawie mi towarzyszy i zasiada pod palmą, podczas gdy ja rzucam się na fale, prycham słona wodą i rozkoszuję ciepłem i kolorem morza. Jest super, po drodze zakupy, wino w plastikowej butelce za 2 euro, pychotka. A grecki jogurt? Mniam!

Piąty dzień to Olimpia, kolejne kamienie, plus stadion, oraz przepiękne nadmorskie miasteczko Nafplion. Już nie szalejemy z kawkami, bo w Atenach naciągnęłam Ojca na zielone kolczyki... Przejeżdżamy mostem nad Morzem Jońskim, do Delf. Delfy czarowne, miły mały hotelik, kolacja boska, sen, sen, sen. Tylko dlaczego Ojciec ustawił klimę tak ostro? Nie mogąc znaleźć pilota, po omacku w nocy otulam się kocem, przysięgając zemstę.

Rano o zemście zapominam przez przepyszne śniadanie, głodnieję w tej Grecji co chwilę, dobrze, że na drogę kupujemy krakersy, suchary ciasteczka greckie. I hektolitry wody, bo upał codziennie ogromny. Delfy antyczne są piękne, tylko górzyste, za to na dole jest źródło Kastylijskie z wodą dającą natchnienie. Napijam się aż do habilitacji, przed profesurą jeszcze tu przyjadę. I w lodach są prawdziwe pistacje! No i znowu prujemy przez cały kontynent, na Riwierę Olimpijską. Hotel jest tu brudnym rozczarowaniem, ale jest piaszczysta plaża i mogę się znowu wykąpać. Nie ma co narzekać, w końcu przygoda powoli się kończy, a ja marzę już tylko o wtuleniu się w RG. Z Ojcem nadal bosko.

Ostatni grecki dzień to Tesaloniki, obiad w Greckim macu, czyli Goody's, łażenie po targu rybnym, zakupy w sklepie wolnocłowym na granicy z Macedonią i już mkniemy do Serbii. Nocujemy w Niszu, gdzie na kolację zamawiam befsztyki i czarownie wstawiam się z własnym Ojcem czarnogórskim czerwonym winem. Powrót do pokoju jest wielką niewiadomą, ale jak widać - udało się!

Ostatni dzień zwiedzania to Belgrad, całkiem fajne miasto, paskudni Serbowie, gorąco, rejs po Dunaju, przemiło. I wieczorem do Polski... Po drodze mamy zatarg ze strażą graniczną w Serbii, bo jedna idiotka bez paszportu poszła sikać na granicy w krzaki. Nie komentujemy z Tatą.

W Polsce ok. 10, o 12:30 odjeżdżają autokary do poszczególnych miast. Zaczyna się najgorsza część podróży, kiedy już już jest dom, RG, Mama... A jednocześnie wciąż tyle wrażeń... Ale docieramy - czekają oboje, najważniejsi moi. Jest szczęście.

Luźne greckie uwagi: Grecy są przystojni dopiero po czterdziestce, ale wszyscy się tam fajnie śmieją. Mój Tata jest boski. Od teraz wyjeżdżam z RG, bo tęsknię i mi go nawet fizycznie obok brakuje. Jedzenie było w porządku, poza drobnymi wyjątkami. Głupota ludzka nie zna granic.
c.d.n.