No i wróciłam, cały tydzień wojażowania po Polsce za mną, wrażeń tysiące, wspomnień też wiele.
Zaczęliśmy od Buska, gdzie odwoziliśmy I. na wakacje. Ten punkt podróży był dla mnie zdecydowanie najbardziej stresujący, no bo w końcu miałam poznać rodziców RG. No i poznałam i przeżyłam, aczkolwiek nie wiem jeszcze, jakie są ich opinie. Na początku wiadomo - trochę sztywno się czułam, rodzice zaabsorbowani I., bo przecież już chyba pół roku go nie widzieli, a ja sobie tak z boku. Ale ten bok okazał się nie być zły, trochę pogadałam, wspólne palenie w kuchni też wyszło, nie było źle. Co się podenerwowałam, to jednak moje. A samo Busko jest przepiękne, małe miasteczko z ogromnym urokiem. A do tego trzeba dodać jeszcze fakt spędzania z RG 24h na dobę, co nam się rzadko zdarza. Rozkosz, a doświadczenie uczy, że nawet skrzypiące łóżka nie muszą być przeszkodą.
Drugi dzień wieczorem to już najpiękniejsze miasto świata, mieszkanie u A., impreza na mieście. Kolejny powód do stresu, mieliśmy bowiem spotkać się z Nią. Tak, Nią, jedyną kobietą, o której pisałam w ten sposób, dziewczyną, przez współudział której przepłakałam swoje pod koniec stycznia. Zawsze przeze mnie oskarżana, mieszana z błotem przy każdej myśli, obciążana moją mieszanką jadu i zazdrości. Teraz... Mila, po prostu. Uczciwie się przed sobą przyznaję, że ze mnie zdzira ostatnia i niesprawiedliwa była. Mila miała prawo do wszystkiego, co zrobiła, nic nie robiła przeciwko mnie przecież, cholera, to ja wredna baba byłam, przez przypadek namieszawszy dookoła Niej. Jestem bardzo szczęśliwa, że się poznałyśmy, dopiero, kiedy ten kamień spadł mi z serca, zobaczyłam, jaki on był zajebiście wielki. A Mila podziela moje pozytywne zdanie, napisała do mnie nawet kilka zdań, już później, a mnie łzy w oczach stanęły, z radości, ze wstydu, z jakiegoś bezsensownego wzruszenia. Nieważne. Stawiam kreskę, zapominam, niech się dzieje już coś dobrego.
Aczkolwiek sam wieczór w Krakowie był raczej nudnawy, piwo mi nie wchodziło, tematy komputerowe do wyrzygania, blah. Spaliśmy u A., może nawet nie tylko... no ale wracając do tematu, kolejny dzień w przeleniuchowaliśmy, bardzo sympatycznie było, Mama A. nakarmiła nas jak wychudzone dzieci z Afryki, a przynajmniej miała takie zamiary, ja nie dałam rady tyle wszystkiego zmieścić :> A wieczorem już kolejne kilometry, tym razem do stolYcy.
Ciepłe przyjęcie knedlami ze śliwkami oraz uśmiechem bratowej RG było świetne. W ogóle bratowa jest świetna :> Brat też, mniam, bosko przystojny, no, ale o czym to ja chciałam. StolYca ciekawa jak zawsze, centra handlowe pełne przecen, aczkolwiek prawie nic ciekawego nie było. Udało mi się jednak upolować bardzo przyjemne spodnie, oliwkowe, z reserved, ufundowane w ramach pożyczki od RG. Już oddałam :> Poza tym spędziliśmy też wieczór przy ciepłej łiski z ciepłą kolą, kopiącej na maksa. Towarzystwo hs fantastyczne! Wrażenia muzyczne z imprezy również, tym bardziej, że dostaliśmy jeszcze mały prezent. Kolejny dzień, kolejna impreza, tym razem spokojna, z maniakami naszego ulubionego zespołu (chociaż z tym ulubionym, to ja bym nie przesadzała, widzę u siebie zdecydowaną zmianę w kierunku chłopaków z hs), burza w Wawie, przepyszna chińszczyzna, no po prostu słów brak. Wracaliśmy może nie do końca tak, jak mieliśmy, żeby jeszcze jedną noc spędzić razem, tym razem już w domu RG, jeszcze jedno śniadanie i malutki przekręt przed rodzicami. Trochę mi głupio, no, ale cóż...
Niestety w Warszawie dowiedziałam się, że odwołano mi wycieczkę do Londynu. Miałam jechać siódmego sierpnia, z Tatą, a tu okazało się, że ludzie przerazili się zamachów i wycofali się, prawie co do jednego. Wściekłam się straszliwie, odchorowałam to zresztą, bo mój układ żarciowy stresu nie lubi. Ojciec postanowił jednak nie odpuszczać z wakacjami i tak, w sobotę jedziemy do Grecji. Zamieniliśmy wycieczki, nawet mamy z jedzeniem, bo wystarczyło pieniędzy. Teraz tylko trzeba zamienić funty na euro, kupić krem z filtrem i balsam po opalaniu i możemy jechać. 10 dni...









