11 lipca 2005, 21:31 - poniedziałek
lipiec 2005strona główna
kobiet genialnych weekendowe przygody

Jak opisać to, co działo się w ciągu zaledwie trzech ostatnich dni? Nie będzie łatwo, ale spróbuję.

W piątek byłam naprawdę przysłowiowym kłebkiem nerwów, nigdy w życiu nie miałam takiego stracha przed egzaminem, jak przed moją obroną licencjacką. Przesunięto mnie o 40 minut dalej, mój promotor nie został poinformowany, było mi bardzo głupio przed nim, no ale co mołam poradzić. Całe szczęście był przy mnie RG, cierpliwy, spokojny, pełen wiary. Gdyby nie On, pewnie spędziłabym jeszcze więcej czasu paląc i denerwując się. W końcu weszłam ciut wcześniej, niż miałam, bo profesor nie mógł już dłużej czekać. Idiotycznie bawiłam się palcami, spocone dłonie były jedyną pociechą podczas tego egzaminu. W komisji od rana znajdował się młody, acz cięty profesor, który się ponoć bardzo czepiał, dlatego tym bardziej się bałam. Promotor nie zadał mi tego pytania, które miał, aczkolwiek wybroniłam się z tego, co dostałam, szybko przekierowując je na bliższe mi tory. Młody czlowiek z komisji, podejrzewany przeze mnie o bycie owym profesorem zadał mi dwa pytania stricte z mojej działki, ale nieprecyzyjne, dużo mnie dopytywał, bo chodzilo mu o coś konkretnego, a ja opisywałam całość. Jakoś poszło, mimo, że nerwy miałam w strzępach. Kiedy poproszono mnie z powrotem przed komisję i wręczono indeks nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Oznajmiono mi bowiem, że moją pracę licencjacką obroniłam na ocenę bardzo dobrą. Radość, dzika radość, niedowierzanie. Tak się bałam, że mi nie pójdzie, a jednak udało się idealnie. A ku mojemu zaskoczeniu ów młody człowiek okazał się być nieznanym mi promotorem mojego kolegi z grupy, a nie tym strasznym profesorem. Ale też nieźle magglował. RG czekał na mnie i cieszył się ze mną, potem dał się wykorzystać do zakupów i obiecał, że zjawi się na wieczornej imprezie.

Impreza świeżo upieczonej licencjatki kręciła się raczej w gronie znajomych braci, którzy w sumie są i moimi znajomymi... Dostałam mnóstwo kwiatów, czyniłam honory gospodyni, bawiłam się średnio. Maua się wesoło upiła, B.M. po długiej podróży też miał wcięte, reszta jakoś takoś ok. Jedynie Wv postąpił tak, jak sądziłam - upijał się na smutno, patrząc na mnie i RG. Tak, jak na poprzedniej imprezie, nie mógł poradzić sobie z faktem, że ja nie jestem i nie bedę już jego kobietą. A ja, jako, że kocham go jak brata, nie mogłam sobie poradzić z jego stanem. Dałabym mu wiele, żeby był szczęśliwy, ale tego dać mu nie mogę...

W sobotę wyruszyliśmy z RG na spęd znajomych, połączonych miłością do tego samego zespołu. Impreza trwała już od piątku, no ale z wiadomych względów nie dało sie dotrzeć wcześniej. Było przemiło, poznałam kilku nowych ludzi, zacieśniłam wcześniejsze więzy. Przebywaliśmy, jak to na takich spotkaniach bywa, w stanie nieustannego lekkiego rauszu, ilośc pustych butelek przekroczyła dawno cztery kontenerki. Muzyka grała, żarcie skwierczało na grillu (zrobiłam przepyszne szaszłyki), wesoło było. Przeżyłam najpiękniejszy zachód słońca w moim dotychczasowym życiu, słysząc tyle ważnych i cudownych słów. Moje uczucie do RG wznosi się teraz na jakieś nie znane mi dotąd wyżyny, jestem aż zaskoczona swoją pewnością w tej kwestii. Nikomu nie dam sobie tego odebrać, mojego wielkiego szczęścia, mojej miłości, mojej wiary. Potrzebuję Go, kocham, trwam w codziennej tęsknocie, chciałabym budzić się obok i zasypiać także razem. No, może bez przesady, spanie w samochodzie podobało mi się ze względu na obecność, acz nieprzytulalność, bo ja to trudna kobieta jestem i nie umiem spać wtulona, czy opleciona ramionami. Ale może i tego się nauczę. I śmiałości mi trzeba, ale to też samo jakoś przyjdzie.

A teraz wakacje, wszystkko oddane do dziekanatu, żadnych zobowiązań, sen, książki , gotowanie. I On, jedyny, Ukochany...

   Komentarze: 0
   Dodaj komentarz: