25 grudnia 2006, 15:17 - poniedziałek
grudzień 2006strona główna
święta, święta

Dobrze, że jeszcze nie po Świętach :) 

W wirze przygotowań przedświątecznych nie miałam czasu na pisanie. Przed 18 grudnia nauka do egzaminy z sygnalizacji biologicznej i poszukiwanie prezentów. Część zamówilismy przez internet, resztę trzeba było wytropić. I tak, brałam udział w kupnie prezentu dla P.B. [P.B. = przyszła bratowa] Moniki, ba, sama go wybrałam i kupiłam, konstultując z Adasiem tylko telefonicznie. Dalej, wybierałam prezent od Ojca dla Mamy, w tym roku perły. Przy okazji Tata rozpieścił swoją małą córeczkę zabierając ją na świątecznego łososia do Murnej. Jeszcze prezent dla Anki (biżuteria, perełki), dla Ciotki, która jest z nami na każde święta (bursztyny) i już można było uczyć się dalej. Sądząc, po wyborze prezentów, rację miała Iska, że branża jubilerska przed świętami kwitnie. No a potem trzeba było zdać egzamin... trudne było cholerstwo, stąd jedynie czwórka.

Po egzaminie wszelakie przygotowania weszły w stan jeszcze większego zaawansowania. Adam sprzatał pokój, więc musiałam umyć mu okna. Prezent dla Mamy trzeba było odebrać. W tym roku skusiliśmy się na tzw. Podarunek Piękności, czyli  zabiegi w Instytucie Kosmetycznym dr Ireny Eris, której kosmetyki moja Mama uwielbia (szczególnie Fortessimo i Nano Entree, na podstawie czego czytający może sobie wywnioskować wiek mojej Rodzicielki i jej potrzebę renowacji ;)). Taki prezent to bardzo sympatyczna sprawa - obdarowany otrzymuje zaproszenie na którym mogą być zapisane wybrane zabiegi albo życzenia, natomiast kwota pozostaje do wiadomości kosmetyczek. Kolejny dzień - kolejne prezenty. Tym razem dla Natalii, dziewczyny Michała. Wybraliśmy piękną torebkę, Michal dorzucił jeszcze kuferek na biżuterię (a mówią, że faceci nie rozumieja kobiet...!) i mogliśmy ze spokojem zabrać się za wybieranie... pierścionka zaręczynowego! Zostałam obdarzona niezwykłym zaufaniem ze strony mojego Brata, wybraliśmy bardzo ładny brylancik w oprawie z białego złota (ale mój i tak jest ładniejszy). Potem polowałam jeszcze na scyzoryk dla Tomasza, ponieważ ten model Victorinoxa, który upatrzyłam na militaria.pl jakoś się zamówił, ale go nie było. W rzeczywistości też nigdzie już go nie znalazłam wybrałam więc inny, też zaopatrzony w mnóstwo ciekawych funkcji (niestety, z piły do drewna nie można było zrezygnować). I zakupy prezentowe nareszcie się skończyły... uffff.

Ale po drodze jeszcze Wigilia w radiu, w którym pracował Tomasz oraz Wigilia z moimi dziewczętami. Anka, Marta, barszcz produkcji Ankowej, mój łosoś w galarecie i Tuśkowe słodkości. No i prezenty :) Ktoś może pomyśleć, że jestem niesamowitą materialistką, albo coś. Ja po prostu lubię dawać i dostawać prezenty. Lubię przedmioty, gadżety, posiadanie. Mogę żyć bez tego, pamiętam, jak na święta dostawało się jedną książkę albo czekoladę, ale teraz korzystam, póki mogę, z tej dobrej passy rodzinnej. No a wracając do dziewczyn, najbardziej bałam się, czy Annie spodobają się perełki jakie dla niej wybrałam, całe szczęście jednak trafiłam dobrze. Dodatek trzech czekoladek ze sklepu na Wrocławskiej też ją ucieszył :D Marta też się była zadowolona, a ja to już w ogóle. Tuśka sprowadziła dla mnie prezent z Body Shopu, w którym (sklepie, a nie prezencie) zakochałam się będąc na wyspach (biedny Ojciec nie mógł mnie wyciągnąć ze sklepu, a ostatnie funty zostawiłam właśnie tam). Od Ann jak zawsze genialna książka :D

I dalej - dwa dni zakupów, bo kto inny mógłby to zrobić. Ryby, wędliny w Piotrze i Pawle, w Selgrosie reszta, mnóstwo czasu stracone. Potem już pieczenie, sernik i dwa drożdżowce. I nagle zrobił się piątek, 22 grudnia po południu... No to poszlismy do kina, na maraton Lord of the Rings. Tomasz, Michał, Marcin i ja. Przysypiałam na trzeciej części, przyznaję się bez bicia, ale i tak byłam bardzo zadowolona. W domu byliśmy w sobotę o 6:15 rano. Odespanie i dalej do roboty. Tym razem wytrawnie - ryby w galarecie (łosoś i sandacz), galart z kurczaka, szynki w galarecie, farsze do pierogów i uszek, barszcz, kompot z suszu, zamarynować karpika, och, jak ja to lubię! Poszłam spać w nocy, bo galareta miała mnie w nosie i nie chciała tężeć, ale mnie to nie przeszkadza. Uwielbiam ten mały szał świąteczny, próbowanie, gotowanie, mieszanie, robienie dwóch rzeczy na raz i wyrzucanie chłopów z kuchni, żeby nie wyżerali farszu. Mama mówi, że jak będę w tym wieku co ona, to będzie mnie wkurzać fakt, że potem to wszystko znika w godzinę, ale jak na razie mnie to zachwyca... 

Reszta opowieści okołoświątecznej już niedługo.

   Komentarze: 1
1.
iska   www
» 2006-12-25 16:14 » ---.icpnet.pl
Heh, tak samolubnie fajnie poczytac, że ktoś jeszcze miał takie urwanie głowy - to taaaakie kobiece :)
Wesołych Świąt :)
 top
   Dodaj komentarz: