Zrobiłam dzisiaj ciut porządków w szafie i wywaliłam dwie siatki ciuchów, głównie starych sztruksów, które "przecież nie były jeszcze takie wytarte", albo "na pewno zaszyję tę wielką dziurę", bądź "w sraczkowatym mi do twarzy". Jedne ocaliłam - na pewno zaszyję tę wielką dziurę. I guzik przyszyję, bo fajne są, czarne i kupiłam je za moje trzy dni pracy w Kinepolis w zeszłym roku. Mężczyzna mi wtedy nawet towarzyszył, hihihi, rudy kumpel, spoko luz, rok go nie widziałam. No i dużo innych rzeczy też wyrzuciłam, za to niektóre przyjęłam z powrotem do łask, z racji tej, że w nie wchodzę. Mam więc z odzysku moją niegdyś ulubioną czarną spódnicę, projektu mojego, z bojówkowymi kieszeniami po bokach i rozpierdaczami a la Brytnej w jakimś teledysku (I was born to make you happy? A nie wiem, ale tańczyła na takiej scenia dziwnej, wysokiej, ostro zakończonej). Mam też białe spodnie, które dostałam od Anny dwa lata temu, bo nikt ze znajomych w nie nie wchodził. Ja też nie, ale wzięłam, kierowana przeczuciem, że kiedyś będę zgrabniejsza. I kupę innych rzeczy mam, w których nie wyglądam jak wieloryb. I sprzątniętą szafę. O.
A jakby ktoś miał wątpliwości, po co sprzątać szafę, to ja natychmiast odpowiadam, że przy sprzątaniu szafy trudno pisze się pracę. Żałośnie, Aleksandro, żałośnie.
Aha, odkrywam w sobie zdecydowany ChBCh. O OSN na razie nie mówię, bo to zaledwie hmmm trzy dni.









