27 kwietnia 2005, 16:40 - środa
kwiecień 2005strona główna
czas, czas, czas...

Czas mija, mniej lub bardziej pracowicie, czasami dziwnie, wiesz, jak jest. Nie palę od 18ego, tak na co dzień, się znaczy. W knajpie owszem, się zdarzyło. Lepiej mi. Dużo soków, dużo jedzenia zielonych ogorków, chyba nie utyję. Ale brakuje mi tego szalenie, zastanawiam się po co ja w ogóle rzucam (czy ograniczam, skoro palę tylko do alkoholu), argumenty zdrowotne do mnie nie przemawiają. W pierwszym dniu czekała mnie piękna histeria z nerwów, teraz jest lepiej, ale ciągle myślę, że odebrałam sobie bezpodstawnie przyjemność. Rower wciąż stoi w piwnicy, może i dobrze, bo Poznań zimny był ostatnio, nie raz, nie dwa można było zdrowo przemarznąć.

Ale 16ego było jeszcze w miarę ciepło, wręcz idealnie na gin z Wv w parku na dole. Mieliśmy nawet szklanki wzięte z domu i cytrynkę w słoiku! Spędziliśmy przemiły wieczór, godny powtórzenia. Potem dobrze się jeszcze bawiliśmy w następnym tygodniu - obiecałam, że ugotuję mu obiad i faktycznie, w środę zaszalałam w jego kuchni. Efekt był powalający i zapewnił mi uznanie Wv do następnego razu.

Na uczelni bieda, licencjat w ogóle mi nie idzie, wstyd mi spojrzeć w lustro. Powtarzanie, że zacznę od jutra, nic nie daje. Jestem jak sparaliżowana i boję się... I do tego każą mi wybierać, co chcę dalej robić. A ja nie wiem! Ale staram się wyrobić troszkę moje plany i gadam z różnymi mądrymi ludźmi. Widzę dla siebie przyszłość gdzieś niedaleko bioinformatyki. Zobaczymy. Za dwa dni kończę blok jednego przedmiotu, z cudownym prowadzącym, z którym bardzo się staram ciut poflirtować, ale co zrobić - nie idzie ;P Grupa się wyrabia, albo ja się w niej wyrabiam. Mam swoją pozycję, nie jest aż tak źle, zastanawiam się powoli, czy z nimi nie zostać - są dobrzy naukowo. I co najdziwniejsze - Ci co mnie najbardziej wkurzali zupełnie przestali... Zostały niedobitki tylko. Fakt, trochę brak mi tam zrozumienia, nikt nie zawyje entuzjastycznie na wieść o dobrym koncercie na którym byłam...

... koncert, niedziela, Zielona Góra. Spełniłam moje życiowe marzenie... zaśpiewałam ze sceny z hs. Wiadomo - bez prób, nie za dobrze, ale jak dla mnie - cudownie. Wokalista też nie narzekał :) RG... czasami myślę, że zagryzłabym go, za to, jaki jest, co mówi, co robi. Za to, że nie widzi, co chciałabym mu dać. Czy chciałabym...? Nie wiem. Nie wiem, czy umiałabym mu zaufać jeszcze. Wiem, że nadal świetnie byśmy się dogadywali. Ale drogi życiowe jak widać nie te i stykamy się tylko po kumpelsku, czasami z rozszerzonym zakresem kompetencji. Dziwnie mi.

T:) Ciągle na tym samym etapie. Nieśmiałość. Chyba to stracimy, tę miłą nić porozumienia. Chyba, że się da inaczej.

Kupiłam buty, pierwsze na takim ładnym obcasie, pierwsze takie kobiece... męczę je, żeby nie obcierały, szukam swojej kobiecości. Zmieniam styl. Mam czerwony pasek do super szerokich bojówek z reserved. Ale ciągle jestem wierna zieleni i spódnicom.

Jestem cholernie chaotyczna, wiem. A. zdał prawko dziś, może się napiję psa we mgle...

"I need the darkness, the sweetness, the sadness, the weakness..."

   Komentarze: 0
   Dodaj komentarz: