Nie chcę popełnić tego błędu, co w przypadku innych wyjazdów i zapomnieć gdzie byłam, co jadłam, co widziałam. Dokumentacja być musi. Autorem wszystkich zdjęć jest mój nieoceniony towarzysz podróży, fundator przyjemności, słowem (całkiem nieprzypadkowo) - Ojciec.
Piątek 07.08.09
Spakowałam się leniwie ok. godziny 22, wzięłam prysznic i przed północą wyruszyliśmy do Rodziców. Pobraliśmy Tatę i zrobiła się...
Sobota 08.08.09
Podróż nocna do Warszawy z Tomaszem jako kierowcą zaczęła się od oczekiwania na Orlenie, bo o północy robią rozliczenie dnia. Potem poszło już lepiej, krótkie przerwy po drodze, obszaru od autostrady do Wwy praktycznie nie pamiętam, bo przespałam. Tomasz zostawił nas na Okęciu o godzinie piątej rano. O 5:30 odebraliśmy vouchery, poszlajaliśmy się po lotnisku, wypiliśmy kawę w Coffee Heaven. Wylot o ósmej, w samolocie śniadanko, kawa. Lubię latać, naprawdę, nie lubię tylko wbijać sobie igiełki od heparyny w brzuch. Zawsze po tej czynności łapy mi się trzęsą, fałdka mnie boli i jestem w ogóle rozbita. Całe szczęście Tata był wyrozumiały. Czasami myślę, że on się też denerwuje jak ja. Ja bym się denerwowała swoją córką, a co. No ale dobra, dość dywagacji iniekcyjnych. Wylądowaliśmy ok. 10:30, odebraliśmy bagaże i przed lotniskiem ukazał się nam następujący widok:
No i rzecz jasna ponad 30 stopni. Ale co tam. Przetransportowali nas do miejscowości Campora San Giovanni, do hotelu u Wujka, który to (wujek, nie hotel) na pewno ma swoje Macki w Organizacji. Jak się posiada hotel, zakład pogrzebowy, sklepy i proboszcz przychodzi w niedzielę na obiad to nie można być zwykłym obywatelem. U Wujka było czysto i skromnie, z Morzem Tyrreńskim pod nosem. Taki mieliśmy widoczek z balkonu:
Z Morza nie omieszkałam skorzystać. Niestety upał, zasolenie, lęk o blade ramionna oraz o znudzonego Ojca nie dały mi się taplać za długo. Ale co w morzu to moje. Potem postanowiliśmy zwiedzić tę niewielką miejscowość. Nabyliśmy wodę mineralną (nabywanie wody mineralnej to podstawa większości dni we Włoszech) i znaleźliśmy przyjemne SuperMercato, w którym zaopatrzyliśmy się w obiad w postaci calzone, focaccii, oraz pane alle olive. Wypas! Przy okazji okazało się, że potrafię czytać po włosku, bowiem z ogłoszenia dowiedziałam się, że akurat w trakcie naszego weekendu w miasteczku odbywa się Festiwal Czerwonej Cebuli, gdzie udaliśmy się po kolacji. Po spróbowaniu kilku specjałów lokalnych (frittatta z cebulą, tapenady, konfitura z czerwonej cebuli etc.) przeszliśmy się na spacer nad morze. A, właśnie, morze. Tu dowód na moją w nim bytność.
Przy kolacji natomiast zapoznaliśmy przemiłe, podróżujące solo, dziewczę z okolic stolicy. Przy butelce białego wina (element stały każdej następnej kolacji lub wieczoru) wymieniliśmy uprzejmości i tak oto Iwona stała się również elementem stalym. Podczas kolacji i nie tylko :)
Żeby jednak nie było, że pierwszy dzień spędziłam tylko na żarciu, piciu, pływaniu i kupowaniu załączam dowód na chwilę kontemplacji przy Św. Franciszku.
Stay tuned.
Cholerna klima w autobusie mnie załatwiła, siedzę na L4, więc do końca tygodnia zakończę moją włoską opowieść :)









