Bardzo denerwują mnie ludzie, którzy - gdy mówię, że chciałabym już zajść w ciążę - mówią mi, że mam jeszcze czas. Ok, teoretycznie jestem młoda, trzy czwarte życia przede mną etc. Ale! Czasami nie chodzi o czas, tylko o potrzebę, tak? Ja chcę! Ja potrzebuję! Ja pragnę! Chcę mieć przy sobie krew z krwi mojej i Tomasza. Chcę być Mamą, chcę karmić piersią, chcę z rozczuleniem patrzeć na moje dziecko (córkę?) w ramionach Tomka. Mam taką wewnętrzną potrzebę. Wiem, że się do tego nadaję. I co ma wiek do tego?
Znam obiektywne przeszkody - wiem, że potrzebuję umowę na czas nieokreślony, wiem, że muszę skończyć podyplomówki, skoro mnie na nie wysyłają. Wiem, że trzeba odłożyć trochę pieniędzy. Ale dlaczego ludzie i tak zabraniają mi chcieć i marzyć?









