Tak. Jesteśmy straszni.
A ja cały czas staram się ze sobą walczyć, ale rozpędu wystarcza mi z reguły na dwa dni. Dwa dni, w trakcie których zmywam miskę po cieście zaraz po wsadzeniu foremki do piekarnika (zamiast zalać wodą i odstawić na 3 dni). Kiedy papierek wrzucam do kosza pod biurkiem, a nieubraną spódnicę odwieszam do szafy (muahahaha). A potem od nowa.
Jak to jest, że jestem normalną kobietą, chodzę do pracy, gotuję obiady, piekę smakołyki, a poza tym wszystkim jestem takim świńtuchem. Istnieje teoria, że moje zachowanie to po części wina genów. Ponoć Babcia Aleksandra również zwykła dopychać szafę kolanem. Ale sądzę, że u mnie to dodatkowo zmutowało. Mama zawsze prorokowała mi, że ja się dorobię robactwa. Ten punkt programu ciągle przede mną i nie zamierzam go osiągać.
Walczę. Oby szło mi lepiej niż z odchudzaniem. Może... tak jak z rzucaniem palenia? (12. czerwca rok!)
* upierdliwych informuję, że możliwość zapalenia raz na ruski rok na imprezie była moim celem, więc tak. liczę odkąd nie palę codziennie.








