Brakuje mi tylko jednego elementu tych smętnych chwil. Przyzwolenia na słuchanie i przeżywanie smętnej muzyki. Ile razy słuchałyśmy z Anną "Colorblind" Counting Crowsów, doprowadzając się niemal do łez, a co najmniej do marzeń i westchnień. A badziewne "From Sarah with love", którego słuchałam kiedyś non stop? "Czarne słońca" Kultu? "Jak dawniej nie będzie" Kasi Kowalskiej? Można tak wymieniać ("Hallelujah", "Jaka róża taki cierń", "Blowers daughter", "fortepian" etc. etc). Każda piosenka miała swój wydźwięk, była szeptana pod nosem, była krzyczana, była lekarstwem albo nożem do dłubania w ranie. Z Wv swego czasu spędzaliśmy całe wieczory odczytując piosenki ze swoich opisów na gadu i prowadząc niekończące się rozmowy. Z Anką wrzucałyśmy na ftp kolejne niesamowite smęty. I w kółko, i repeat, i jeszcze raz. I w opis, do pamiętnik, na starego bloga.
A dzisiaj? Chodzi mi po głowie "Mimo wszystko" Heya, słucham go bardzo często. I odruchowo wrzuciłam to w opis na GG... ale to nie to. Zastanawiam się, czy nikt nie pomyśli, że rozstałam się z Tomkiem (choćbyś z pistoletem zaszeł mi drogę - powrotów nie będzie), czy też może zrobiłam coś strasznego (kochaj mnie mimo wszystko), a może On nie chce mi ufać (jeśli zwątpisz choć jeden raz...). Nauczyłam się opisywać życie piosenkami i nie potrafię się tego wyzbyć.
Chodzę po domu i śpiewam. I śpiewam odruchowo do Niego. Chociaż kocha mnie. Mimo wszystko.









