Świat wie wszem i wobec, że jestem totalną maniaczką kosmetyków z Body Shopu. Anna przywozi mi je z Irlandii, czasami jadę po nie do Warszawy. Tomasz drży na myśl, że któregoś dnia Body Shop może się otworzyć w Poznaniu...
Na dzień dzisiejszy mam jakieś 3 żele pod prysznic, peeling i masło do ciała. Przed wyjazdem miałam o jeden żel mniej :) Nie sprawdzałam jednak w necie, gdzie mogę znaleźć mój ulubiony sklep, tym bardziej, że tak naprawdę miałyśmy jedno popołudnie na przejście przez miasteczko. A jednak. Można już oficjalnie stwierdzić, że ja wyczuwam Body Shop nosem, albo, że jestem do niego przyciągana.
Wracałyśmy z J. z ostatniego dnia konferencji, po raz pierwszy za dnia, więc zamiast przy ulicy (którą chodziłyśmy wieczorem, ze względu na oświetlenie), poszłyśmy do hotelu przez tereny Uniwersytetu w Leiden, w szczególności Uniwersytetu Medycznego. Ponieważ liczne budynki "medycyny" wyglądały bardzo ciekawie, m.in. z wystawką czaszek naszych praprzodków etc., postanowiłyśmy wejść do głównego budynku, który sprawiał wrażenie jakby szpitala i uczelni w jednym. W porównaniu z naszymi szpitalami, czy klinikami, wnętrze nas zaskoczyło - ruchome schody, czystość, rzeźby, sklepy (sic!). Po wjechaniu na piętro stanęłam przed... Body Shopem! W szpitalu? Albo nawet na Uniwersytecie? Nie wiem, która wersja jest bardziej prawdopodobna, jak dla mnie żadna.
Ale skoro już stanęłam, to weszłam i kupiłam. To musiało być przeznaczenie :)
mam body shop 100 metrow od domu
albo









