Mam reisefieber.
Jutro o 13 pierwszy raz w zyciu:
a) wylatuję
b) na konferencję naukową
c) do Holandii.
Żebym chociaż jeden z tych podpunktów miała już za sobą, byłoby mi łatwiej. A tak, to sama nie wiem, co mam ze sobą zrobić.Boję się, ze nie zrozumiem wykładów po angielsku, boję się, że nie dam rady z tematyką, bo ja jestem na razie tylko molekularna, a nie ogólnie laboratoryjna. Boję się, że nam się samolot spóźni i że się potknę na sali wykładowej.
Ale takie strachy tylko dodają smaczku. Nie mogę się doczekać. Wylatujemy z J. (koleżanka z pracowni) do Monachium, a tam przesiadamy się na samolot do Amsterdamu. Stamtąd jeszcze kwadrans pociągiem do Leiden i już możemy się kształcić.
Chyba powinnam powoli zacząć się pakować. Albo wydepilować odnóża. Albo umyć łepek. Albo posprzątać w domu.
Albo...
Garsonka w kolorze soli z pieprzem i buty na obcasie? Czarny płaszczyk? Srebrna biżuteria? I podkolanówki przeciwzakrzepowe, bo jak się ludzi bada, to się samemu ma. A lekarki z oddziału mnie pilnują, zastrzyk mam w torebce.W życiu sobie tego sama nie podam, odsłonię oponkę przed J.









