A co zastali? Nieciekawie. Perforacja jelita cienkiego, zapalenie otrzewnej, słowem - brzuch pełen ropy i innego paskudztwa. Kiedy to się stało - nie wiadomo. Możliwe że w poniedziałek, możliwe, że wtedy we wtorek wieczorem. Ważne, że trafiłam w dobre ręce. Dwie godziny czyścili mnie na tym stole, dwójka profesorów, powinnam się cieszyć ;> Efekt z tego taki, że wycięto mi kawałek jelita cienkiego, odłączono grube i wyłoniono ileostomię. Tak, niestety, mam woreczek na brzuchu. Ale na jakieś pół roku, kiedy w środku wszystko się wygoi, będzie mnie czekać kolejna operacja - zespolenie i schowanie stomii.
O tym wszystkim dowiedziałam się już leżąc na sali pooperacyjnej. Luksusik, sterowane pilotem łóżko, mogłam się wygodnie ułożyć. Cały czas znieczulana zewnątrzoponowo, nie czułam bólu, ale miałam "sparaliżowaną" lewą nogę. Dziwne, bardzo dziwne uczucie. Kroplówki, kontakt centralny, dwie łyżeczki wody co parę godzin. Zaraz po operacji była na chwilę Mama, potem znowu zasnęłam i obudziłam się w nocy. I tak drzemałam do rana, czekając na powyższe informacje. Najważniejsze dla mnie było czy ta cała operacja, czy to wszystko nie przeszkodzi w tym, co dla mnie najważniejsze - w macierzyństwie. Całe szczęście - nie bardzo, aczkolwiek na rodzenie naturalne nie mam już co liczyć. Po dwóch otwieraniach brzucha i przy zespoleniu jakie mnie czeka poród naturalny jest za dużym wysiłkiem ;(
Na pooperacyjnej spędziłam 1,5 dnia, w piątek rano już przenosili mnie na oddział, tam też zjadłam mój pierwszy od wielu dni posiłek. Uwierzcie, że kasza manna na wodzie, to coś absolutnie pysznego. Tak samo obleśna przecierana zupka. Rozkosz. Gorzej, że jednocześnie byłam na żywieniu pozajelitowym, czyli dostawałam gigantyczną kroplówke, która ciekła 12h, takie białe mleko. I z tym cholerstwem musiałam chodzić, na stojaku na kółkach. Ale ważne było to, że zaczęłam chodzić, zaraz w piątek. Powoli, powoli, trzymając się za brzuch, ale zawsze! Pierwsze dni nie były proste - wstawanie z łóżka bolało, kaszel bolał, zastrzyki bolały, a stomia przerażała. Panie pielęgniarki zajmujące się obsługą tegoż były jednak bardzo miłe i odpowiadały na setki moich pytań. W końcu to nie tak łatwo się przyzwyczaić do czegoś takiego. Do zupełnie nowego stylu życia. koniec czytania w kibelku ;/
Od niedzieli dostałam już normalne żarcie, miałam tez jeden dzień przerwy w dożylnym mleku. We wtorek zaś było ostatnie - na szczęście, bo już na łeb dostawałam. Mogłam więc zacząc hasać po szpitalu i czekać na wypis. Czułam się coraz lepiej, a lekarze się śmiali, że goi się na mnie jak na psie. Goiło się, swędziało okrutnie i swędzi do teraz. Zwariuję!
Wypisali mnie po 1,5 tygodnia, w piątek. Dziś wyjęli mi szwy. A opowieść jeszcze nie skończona, aczkolwiek dalej, to już będą same pozytywy. Chyba ;>









