Spoglądam na prawię pustą paczkę po 100g chipsów Lay's Appetite, ser i szynka, grubo krojone, oszałamiająco mi smakują. Co to jest 510 kalorii, macham na to ręką i po chwili przypomina mi się, że nie powinnam machać, tylko się martwić, jak każda normalna kobieta. A to, że się nie martwię jest związane z nieprawidłowym działaniem mojego układu żarciowego i że mam wreszcie cholera iść do lekarza. Niby tak, niby powinnam, ale po pierwsze nie mam czasu od rana, bo mam zajęcia, po drugie, muszę się przepisać do mojej rodzinnej, a po trzecie - po prostu obleciał mnie strach. Mam wizję gastroskopii i tym podobnych nieprzyjemności i mam wizję uregulowanego metabolizmu, który od razu zaowocuje wystrzeleniem wagi w górę. I obie te wizje mi się nie podobają. Z czasem może stanę lepiej za tydzień, jak przejdzie mi zmiana planu, postaram się wtedy zmusić. Bo mnie w sumie źle nie jest - poboli to przeżyję, pogoni to pójdę, nie tyję to dobrze. Tylko, że po ostatnich wariacjach, jakie urządziła mi moja ósemka, schudłam jakieś 5 kg i do tej pory tego nie odzyskałam. I jakoś dziwnie się czuję z tym faktem. Ech, zobaczymy. RG też zawsze na mnie krzyczy, że mam iść do lekarza i że on mi to będzie codziennie przypominał. Dobrze, dobrze, pójdę, potakuję. I myślę, że pójdę.
A poza tym to mam genialny plan, w swojej prostocie powalający, a wykonaniu zabójczy. Otóż zamierzam rzucić palenie. Paskudny ten nałóg w czerwcu będzie obchodził swoje 6 urodziny istnienia w moim życiu, więc do tego czasu zamierzam go ukrócić. Moja silna wola aż drży z przerażenia, jak o tym myślę, no ale trzeba spróbować. Pierwszy raz dla siebie, a nie dla kogoś. Tylko postawiłam sobie warunek - muszę naprawić rower i po pierwszej przejażdżce. Bo coś muszę robić zamiast tego palenia przecież i to najlepiej coś zdrowego. I w przyszłym tygodniu rower jedzie do mechanika. Ciekawe, co z tego wyjdzie.









