30 października 2005, 21:04 - niedziela
październik 2005strona główna
i dalej i dalej i marsz
Plotki z Mamą doprowadzą jej konto do gruntownego wysuszenia, jak sądzę. A to kolejny katalog z ciuchami, a to garnki, które wpadły jej w oko. Mnie się to nawet podoba, bo przy okazji zdarza mi sie obłowić - a to bluzeczka, a to sweterek, a to szaliczek, a to spódnica, albo i dwie, bo hurtem taniej. Tym bardziej, że coraz bardziej zależy mi na tym, jak wyglądam, to już nie zakompleksione czasy i to nie bieda domowa. Teraz mogę sobie nareszcie coś kupić, wybrać żeby było jak najładniejsze i zielone lub pasujące do zielonego. Mama mnie trochę rozpieszcza, przyznaję. Ale też się cieszy z lekkiej materialnej poprawy domowej i kobiecym zwyczajem po prostu to wydaje :) Byle bym się tylko do takich luksusów nie przyzwyczajała, bo potem to może być ciężko. Mam, swoją drogą, stypendium, mój powód do niesamowitej dumy mojej i rodziców. "Drobne pieniądze", pewnie ok. 160zł, które są tylko moje, moje, moje! I jestem w stanie wydać je w dwa dni :) A nawet w jeden, bo ostatnio wpadł mi w oko fajny plecak, właśnie za podobną sumę... A plecak wiadomo - potrzebny, bo torebka nie wytrzymuje obciążenia zeszytami i kanapkami na cały dzień. I wiele swoich wydatków mogłabym tak tłumaczyć. Ale zobaczymy, jak to będzie, jeszcze pieniędzy nie było, jak będą to i tak wydam, więc nie mam się o co martwić.

A co do dbałości o wygląd, do kobiecości etc. To wszystko wina RG! Chcę być dla Niego jak najpiekniejsza i potem mam za swoje, o ciuchach myślę. No ale kiedy słyszę, że się podobam, że ładnie, że tak ma być, to się rozpływam. Poza tym On też lubi zakupy i ostatnio to dzięki Jego namowom (i na pożyczkę) kupiłam spodnie w Reserved, śliiiiczne. Jasna oliwka, subtelna kratka, grubszy materiał, rozszerzane na dole, u góry jak szyte na wymiar. Figlarny kwiatek na tyłku i dzyndle z tyłu. Generalnie - boskie! Ale dość zawracania głowy ciuchami, ile można robić z siebie DELFika.

Gotuję, staram się od czasu do czasu coś stworzyć, mimo, że warunki uczelniane nie sprzyjają. Ale weekendy, czy inne okazje wykorzystuję jak mogę. Nie zaspokaja to moich ambicji kulinarnych, nie mam czasu na testowanie nowych przepisów, ale daję jakoś radę. Zresztą po porażce z imieninowym ciastem B.M. (miało stężeć, nie stężąło cholerstwo), mam mało zaufania do przepisów z internetu. Chyba, że z grupy kuchennej,
gdzie zawsze chętnie przebywam. Najbardziej jednak brakuje mi wspólnego gotowania z RG, coraz częściej to On mnie dokarmia po zajęciach, bo ja padam na pysk no i wracam późno. Ale jeszcze coś zmajstrujemy, a co.
A jak jedzenie to i picie - powinnam zostać abstynentką, jak nic. Po każdej większej libacji (większa to znaczy ponad dwa piwa, ponad dwa kieliszki wina, ponad jednego drinka), mam problemy żołądkowe, budzę się w nocy i w ogóle nie teges. Ale niestety, wszystkie okazje kuszą a rozsądek czasami chowany jest w kąt.

Z innej beczki. Wczorajsza impreza u D. i P. z wiadomych względów w pewnym momencie zeszła na tematy ciążowe. T. relacjonowała, że dobrze się czuje, ze młode się rusza, że niedługo poznamy płeć etc. I tak jakoś wyszły porody, porody rodzinne, opowieść o tym, jak malutki I. objawił się światu. I zawsze w takich momentach mam dwie myśli. Pierwsza to taka, że nie chciałabym, żeby mój mężczyzna mi towarzyszył, gdy się wydzieram, leżę rozkraczona no i to wszystko się dzieje. Nie wyobrażam sobie, żeby mógł mnie potem pragnąc i pożądać, skoro widział mnie taką sponiewieraną. RG twierdzi inaczej, ja mu w zasadzie wierzę, ale skoro na razie nie muszę, to zdania nie zmieniam. A druga myśl, to skrupulatnie tajona, pakowana w najdalsze zakamarki umysłu mała zazdrość. O R., o I. Czy można przestać kochać matkę swojego syna? Czy można kochać drugie, tak jak pierwsze? Ja wiem, że to inaczej, że nie tak, że nie ma porównania. Ale czasami, raz na ruski rok, przychodzi to małe ukłucie, które natychmiast deportuje R. na Grenlandię, bo "on ją pewnie w środku jeszcze kocha". Ale to raz na jakiś czas i jest to przeze mnie konsekwentnie mordowane. Bo to głupie. Ale wyrzucić też z siebie czasami trzeba.

Co do głupot, to ja w nich celuję, nie ma co. Szczególnie jeśli chodzi o cele pasjansowe i wróżenie sobie z kart, kiedy RG stwierdzi, że tak, że tylko ja na resztę życia i mi to zmaterializuje. Oczywiście wywiązała się z tego rozmowa, nawet ze szczegółami (rodzaj metalu, kamień, rozmiar), po której było mi trochę głupio. Ale w sumie nie mam czego sie przejmować, nie mam co ukrywć. Chcę tego tak bardzo, jak niczego w życiu, tego naszego wspólnego każdego dnia. Tylko mam takie wrażenie czasem, jakby to niestosowne było, to moje zdecydowanie, przy młodym wieku i fiubździu w głowie. Tak z zewnątrz. Ale chyba nie. Chyba to jednak porządny i solidny kruszec, a nie jakiś tombak, pamiętając o Kresce i Maćku (kto czytał, ten wie).

Bo przecież czym się przejmować, skoro wszystko jest dobrze? Przecież nie będę nic na siłę psuć, kłotnie mi nie wychodzą (wczoraj próbowałam, ale nie potrafię, nie mam serca do tego i powodów), rys na krysztale szukać nie będę. RG jest niesamowicie czułym, dobrym, troskliwym, kochanym facetem, ma swój styl, swoje zdanie, swój sposób na życie i to wszystko mi odpowiada. Dla mnie jest tam miejsce. Pytanie, czy ja odpowiadam Jemu. Ponoć tak. A ponieważ ja mu wierzę, no to...

No to siup. Koniec na dziś.

   Komentarze: 0
   Dodaj komentarz: