08 kwietnia 2005, 17:31 - piątek
kwiecień 2005strona główna
enough

Z pracy nic nie wyszło, dzień jest tak senny, że szkoda gadać. Poczytałam sobie trochę "Niebajkę", całkiem sympatyczną fantasy z elementami irlandzkich mitów, pobawiłam się z psami, poleniłam przed komputerem. Wyrzuty sumienia, jak znam życie, pojawią się jutro. Oj, jak ja teraz rozumiem braci i ich znajomych, którzy narzekali, że każde słowo pracy rodzi się w bólach.

Teraz oczywiście także się lenię, najadłam się frytkami, ale takimi porządnymi, z oleju, takimi, jak robi RG... Ech, frytki to my sobie pewnie jeszcze zjemy, może nawet oglądając jakiś film, ale z tego, co widzę, to już nie będzie tak samo. Pomijając zupełnie moją silną wolę (a raczej jej wtorkowy zanik), zmiana nastąpiła z drugiej strony. Kroi się jakieś uczucie, związek i tym podobne. Jakoś w to nie wierzę, przyznaję, znam go już na tyle, ale może się zawiodę. Tylko nie wiem, czy będzie to miły zawód. Niby się już odzwyczaiłam i tylko od czasu do czasu się zapominam (ale jakie to jest zapomnienie...!), ale coś tam jeszcze jest. Że RG dla tej pani postanawia się ustatkować, a przy mnie do tego nie doszedł. Trochę siedzi i trochę kłuje. No ale zawsze mogę spróbować go uwieść ;>

Wczoraj obchodziłyśmy urodziny Mauej, pierwszy raz w Proletaryacie. Jestem pod absolutnym wrażeniem tamtejszego piwa. Zgodnie z zasadą bioróżnorodności, najpierw piłyśmy martini, potem jasne niepasteryzowane, a na końcu ciemne. Ciemne jest urzekające, ma taki wędzony aromat, jaki jest też w Guinessie. Tylko mniej intensywny, przez co łatwiej i przyjemniej się pije. O woltażu się nie wypowiadam, miałam go w nogach, jak wracałam. A wracałam też wesoło. Zamiast mądra iść do Kaponiery z Mauą i wracać jak Pan Bóg przykazał, to postanowiłam złapać wcześniejszy nocny na Piekarach i przesiąść się na Rondzie. Niestety ten złapany był spóźniony i na Rondzie powitała mnie pustka. Co prawda rozświetlona przepięknie sznurem świeczek i zniczy (tak, ta akcja mi się podobała, natomiast dzisiejsza z gaszeniem świateł to już nie bardzo - w końcu "światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnia"), ale pustka. Absolutnym trafem podjechał ostatni, spóźniony jak cholera dzienny autobus, więc miałam do podejścia już tylko dwa przystanki, a nie całą trasę od Ronda. Po drodze minęłam policję interweniującą na moim osiedlu, co mnie zdziwiło. Grupka młodych, na oko pewnie z 18 stała karnie przy radiowozie. Ciekawi mnie, co przeskrobali, że niebieskim chciało się przyjeżdżać. Mnie całe szczęście nikt nie zaczepił, z żadnej frakcji, tak więc jestem ciągle dziewicza pod względem kontroli, spisywań i takich tam.

Słucham Corrsów, unplugged, na przemian z Beatlesami, zastanawiam się, czy iść spać wcześniej i może liczyć na jutrzejszy przypływ weny twórczej. Ale dobrze mi się tu siedzi, gadam z niedawno poznanym T:) (pierwszy facet, który po 45 minutach oglądania mnie dotarł do kontaktu do mnie przez znajomych, ale mi to pochlebiło :P) i czekam na jakieś niewiadomoco.

   Komentarze: 0
   Dodaj komentarz: