Czwarty dzień po ślubie. Pomiędzy euforią a codziennością. Między uśmiechem a łzą. Ale po kolei.
Denerwować zaczęłam się dopiero o 11 w sobotę, czyli na godzinę przed ślubem. Byłam uczesana, umalowana, wystarczyło tylko wbić się w kieckę i czekać na Tomasza. I tylko to trzepotanie serca, tylko to dziwne uczucie w brzuchu. A cały czas wcześniej byłam spokojna jak skała. Przyjechał, ciut później, bo pani w kwiaciarni nie zdążyła zrobić butonierek dla świadków (olaliśmy więc, choć nieźle się wkurzyliśmy). No i do wozu, pięknego, starego, zielonego BMW, w którym się w zasadzie leżało, a nie siedziało. Kwadrans przed południem lądujemy w USC, jest już część rodziny, znajomych, jest też informacja, że "dzisiaj jest małe opóźnienie w ślubach". Jakieś zdjęcia, zdawkowe rozmowy, nerwowe oczekiwanie. Bukiet, szal, suknia, Ci wszyscy ludzie - lekko nierealne...
Chwilę po 12 wchodzimy na górę, nie mogę trzymać Tomka z rękę, bo mam do opanowania całe swoje wyposażenie. Cztery krzesła, po prawej stronie niezawodny brat Michał (o nim mogłabym napisać osobną notkę), po lewej ukochany mężczyzna. Nie mam pojęcia, czy grali jakąś muzykę, nie wiem, nie pamiętam. Obracam się w pewnym momencie, tuż przed rozpoczęciem uroczystości i muszę walczyć ze łzami napływającymi mi do oczu. Tyle ludzi... Tłumy rodziny, znajomych, przyjaciół, kolegów, sąsiadów... a wszyscy przyszli tutaj cieszyć się razem z nami. Ale ponieważ postanowiłam sobie, że nie będę płakać, to jakoś się powstrzymuję, zajmujemy miejsca. Wykład o roli rodziny znam już z innych ślubów, ale jakoś uderza mnie stwierdzenie, że teraz będę tworzyć rodzinę z tym wariatem. Brat podaje obrączki, czas na oświadczenia woli. Tomasz z pozoru spokojny, cichy, lecz wyraźny - patrzyłam na Niego cały czas, słuchając z pewnym niedowierzaniem, jakby działo się to obok mnie. I czas na mnie - pierwszy drżący wyraz "świadoma praw i obowiązków..." i już startuję z prawidłową emisją głosu. Znajomi powiedzą mi później, że było mnie słychać w każdym kącie sali, że brzmiałam pewnie i mocno. I olśnienie - to już? Te kilkanaście słów? I jesteśmy małżeństwem? Niesamowite. Nieśmiały całus, na który chyba wszyscy czekali wydaje się być zupełnie nie na miejscu. Czas złożyć podpisy, "ostatni raz swoim panieńskim nazwiskiem", ręka latała mi nie do opanowania. Oczywiście nie zmieściłam się w rubryczce. I życzenia, jako pierwsza pani urzędnik, potem zaraz moi Rodzice. Mama już w domu całowała czółka, Ojciec wzruszony do granic. I ta cała gromada ludzie podchodzi do nas, tworząc kolejkę... aaaaaa!!! Niestety przy takiej ilości ludzi człowiek mówi machinalne "dziękuję", odbiera kwiaty, daje się pocałować, podaje kwiaty do tyłu do świadków i hajda, dalej... Ale pamiętam tych wszystkich ludzi, którzy sprawili mi swoim przyjściem ogromną radość. Niestety wypraszają nas z sali na górze, ponieważ czas na następny ślub, reszta życzeń dokonuje się na dole, po uprzednim obsypaniu ryżem i groszakami. Pieniądze łaskawie pomaga zbierać przyszła bratowa N. oraz syn Tomka. Jak radośnie, jak miło, ale też jak szybko :) Odjeżdżamy do restauracji wśród klaksonów.
Obiad bardzo przyjemny, ja i Mama jako dusze towarzystwa obskakujemy obie rodziny, żarcia jest pełno, dla mnie caprese, łosoś i tort wystarczą, jakoś nie mam ochoty ani siły się objadać. Wino z wodą, bo inaczej nie wypada, muszę hamować męża (napisałam męża?), bo on popija nierozcieńczone. Tort najlepszy jaki w życiu jadłam, mogę zdecydowanie polecać :) Zdjęcia, rozmowy, w międzyczasie bracia zawożą kwiaty i prezenty do naszego domu, informując nas, że "wannę to macie pełną". I jest już po szampanie, po torcie, czas płacić i wychodzić... Po raz kolejny zaskakuje mnie pędzący czas.
W domu najpierw kwiaty do wiader i misek, potem rozrywanie prezentów, jak dzieci, a raczej jak dziecko, bo to ja jestem inicjatorką. Kolejne kartki, kolejne słowa i prawie na końcu kartka od Brata-Świadka, jedyne moje prawdziwe łzy w ciągu tego dnia, bo pamiętał, że najbardziej na świecie lubię 28.(One love), że mnie i Tomasza łączy ten zespół. Bo wiem, że ze strony mojego brata jest to jak najbardziej szczere. Wspólny odpoczynek i impreza dla młodych. 60 piw, około 25 osób (4 nie piły), wesoła zabawa skończona kulturalnie o 00:30. Noc poślubna przykładnie przespana.
I tak mieszkamy sobie razem, urządzamy wspólne życie. Moje biurko, komputer, ciuchy. Pierwszy wspólny obiad (tylko naleśniki, bo pociachałam sobie jedną rękę nożem i potrzebowałam czegoś prostego). I jest dziwnie.
To znaczy, że jest wspaniale, ale mam dziwne wrażenie, że to tylko jakiś urlop, wakacje, że będę musiała wracać niedługo do domu.
I że ten powrót do domu nie byłby taki smutny, bo strasznie tęsknię. "4 dni jak 4 miesiące" powiedziała moja Mama.
Bez mieszkania ze sobą przed ślubem jest to skok na cholernie głęboką wodę.
Rodzinka została, nie mam swoich ukochanych psów.
Dobrze, że Tomasz chociaż mi kawę rano robi.
Żyję sobie więc w dwóch światach i powoli buduję jakiś most :)
pzdr,









