20 grudnia 2008, 22:26 - sobota
fizjologia

Grudzień 2008. Maj 2006. Moja stomia ma 2,5 roku.

Jakiś czas temu podjęłam decyzję, że nie chcę poddawać się operacji powrotnej. Dlaczego, jak, po co? Boję się. Boję się samej operacji i pooperacyjnej słabości, bólu. Boję się, że jeśli odzyskam swoje jelito grube, to odzyskam też chorobę w nim siedzącą.

Jem. Żyję. Pracuję. Ze stomią skończyłam studia, wzięłam ślub, zabrałam ją w kilka ciekawych miejsc. Nic mnie nie boli i mogę spożywać prawie wszystkie pokarmy (mam chyba 4 czy 5 wyjątków) i chlać whisky. Mogę ze stomią uprawiać seks i mieć dzieci. Ze sprzętem radzę sobie na tyle dobrze, że mam nadmiary, do tego nie robią mi się żadne rany ani inne problemu. Ok, raz się odparzyłam od plastra, ale to naprawdę RAZ od roku.Podejrzewam też, że w ciągu  najbliższych lat wymyślą jeszcze lepszy sprzęt i akcesoria.

Ja i moja rodzina, moi przyjaciele, nie mamy problemów z akceptacją worka. To najważniejsze.

Stomia to dla mnie same plusy, jak widać. Ze strony medycznej też nie ma teoretycznych przeciwskazań. Muszę zadzwonić do leczącego mnie profesora, miał przedstawić mój przypadek na konferencji i poradzić się innych. Jestem wyjątkiem, normalnie ludzie uciekają od stomii, chcą mieć święty spokój. Jestem jedyna w Poznaniu i pewnie jedyna w Polsce. Głupio mi ;) Mam nadzieję, że dostanę zgodę.

Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że skazuję siebie na rozwiązanie w pewien sposób nienaturalne. Wiem, że po 5 latach od wyłonienia, może nie być powrotu, ze względu na zrosty etc. Ważę to wszystko na szalkach w głowie. I nadal przechylam się na stronę "zostawić".

Ale zobaczymy.

   04 grudnia 2008, 18:57 - czwartek
małżeńskie dialogi po raz kolejny

Odkryłam, że piankowe serduszko antystresowe (gratis z Allegro) całkiem nieźle odbija się od ściany. Ponieważ jestem w "biurze" Tomka, zostaję  natychmiast pouczona:

- Nie odbijaj tego od mojej ściany. Poodbijaj sobie od swojej!
- Ale Kochanie, ja nie mam swojej ściany w tym domu.
- Masz. W kuchni.

Kurtyna.

   20 listopada 2008, 10:32 - czwartek
body to body

Świat wie wszem i wobec, że jestem totalną maniaczką kosmetyków z Body Shopu. Anna przywozi mi je z Irlandii, czasami jadę po nie do Warszawy. Tomasz drży na myśl, że któregoś dnia Body Shop może się otworzyć w Poznaniu...

Na dzień dzisiejszy mam jakieś 3 żele pod prysznic, peeling i masło do ciała. Przed wyjazdem miałam o jeden żel mniej :) Nie sprawdzałam jednak w necie, gdzie mogę znaleźć mój ulubiony sklep, tym bardziej, że tak naprawdę miałyśmy jedno popołudnie na przejście przez miasteczko. A jednak. Można już oficjalnie stwierdzić, że ja wyczuwam Body Shop nosem, albo, że jestem do niego przyciągana.

Wracałyśmy z J. z ostatniego dnia konferencji, po raz pierwszy za dnia, więc zamiast przy ulicy (którą chodziłyśmy wieczorem, ze względu na oświetlenie), poszłyśmy do hotelu przez tereny Uniwersytetu w Leiden, w szczególności Uniwersytetu Medycznego. Ponieważ liczne budynki "medycyny" wyglądały bardzo ciekawie, m.in. z wystawką czaszek naszych praprzodków etc., postanowiłyśmy wejść do głównego budynku, który sprawiał wrażenie jakby szpitala i uczelni w jednym. W porównaniu z naszymi szpitalami, czy klinikami, wnętrze nas zaskoczyło - ruchome schody, czystość, rzeźby, sklepy (sic!). Po wjechaniu na piętro stanęłam przed... Body Shopem! W szpitalu? Albo nawet na Uniwersytecie? Nie wiem, która wersja jest bardziej prawdopodobna, jak dla mnie żadna.

Ale skoro już stanęłam, to weszłam i kupiłam. To musiało być przeznaczenie :)

   18 listopada 2008, 11:20 - wtorek
podróże kształcą

Do czego to dochodzi, żebym na własnego bloga logowała się przez konto Tomaszowo-Adminowe, bo zapomniałam hasła. Na swoim komputerze mam domyślnie, a teraz korzystam z laptopa i siedzę zamelinowana w łóżku. Ot, złapało mnie jakieś zatrucie albo coś, trzy dni chodziłam zemdlona jak w pierwszym trymestrze, więc się wściekłam i poszłam do lekarza. I tak oto mam drugie zwolnienie w ciągu mojej pracy w szpitalu, mam nadzieję, że na długi czas ostatnie, wszak dopiero co podpisałam nową umowę, na rok.

Ale praca musi  być ze mnie chociaż troszkę zadowolona, skoro zostałyśmy z J. wysłane na tę konferencję do Holandii. Faaaajnie było. Tzn. część merytoryczna pozostawiała trochę do życzenia, bo wszelakie tematy były li i jedynie "liźnięte". Ale po tym wyjeździe pozostało mi przemiłe uczucie, że po angielsku dogadam się z każdym... a na pewno z Holendrami, Węgrami i Serbem mieszkającym w Szwecji.

Mamy także wynikające z wyjazdu ostrzeżenia - nie należy traktować różowego, francuskiego wina jak soczku. W innym przypadku można wdać się w dyskusje o życiu i o śmierci z wyżej wymienionymi naukowcami. A kac.... ała. Myślałam, że z hotelu na konferencję nie dojdę, a jak już doszłam to błogosławiłam wodę znajdującą się na każdym stoliku. Ale wstydu sobie nie narobiłam :) zarobiłam wręcz kilka komplementów a propos mojego bredzenia.

Wyjazd ten zaowocował także kilkoma niezwykłymi doznaniami kulinarnymi. Podczas kongresowej kolacji zdegustowałam kilka rodzajów bardzo śmierdzących francuskich serów i zakochałam się w serze z orzechami włoskimi. Ponadto, podczas kolacji prywatnej, natrafiłyśmy z J. na lokalną, tradycyjną knajpkę, od 101 lat serwującą 40cm naleśniki! Pycha! Ostatnie doznanie było banalne, otóż oczekując na nasz samolot na lotnisku w Amsterdamie rzuciłyśmy się na kawę do Starbucks. I to było to - świąteczna Black Cherry Mocha nas uwiodła.

Podróże kształcą!

   04 listopada 2008, 18:46 - wtorek
komentarze: 0
reisefieber

Mam reisefieber.

Jutro o 13 pierwszy raz w zyciu:

a) wylatuję
b) na konferencję naukową
c) do Holandii.

Żebym chociaż jeden z tych podpunktów miała już za sobą, byłoby mi łatwiej. A tak, to sama nie wiem, co mam ze sobą zrobić.Boję się, ze nie zrozumiem wykładów po angielsku, boję się, że nie dam rady z tematyką, bo ja jestem na razie tylko molekularna, a nie ogólnie laboratoryjna. Boję się, że nam się samolot spóźni i że się potknę na sali wykładowej.

Ale takie strachy tylko dodają smaczku. Nie mogę się doczekać. Wylatujemy z J. (koleżanka z pracowni) do Monachium, a tam przesiadamy się na samolot do Amsterdamu. Stamtąd jeszcze kwadrans pociągiem do Leiden i już możemy się kształcić.

Chyba powinnam powoli zacząć się pakować. Albo wydepilować odnóża. Albo umyć łepek. Albo posprzątać w domu.
Albo...

Garsonka w kolorze soli z pieprzem i buty na obcasie? Czarny płaszczyk? Srebrna biżuteria? I podkolanówki przeciwzakrzepowe, bo jak się ludzi bada, to się samemu ma. A lekarki z oddziału mnie pilnują, zastrzyk mam w torebce.W życiu sobie tego sama nie podam, odsłonię oponkę przed J.

Ok, to ruszam się, czas coś wykonać.

   27 października 2008, 23:16 - poniedziałek
fat fat fatty

Napadowym atakom głodu o godzinie 22 mówimy stanowcze nie.

Majonez pegaz i coca cola. Nie, nie jestem w ciąży.
Nie wczuwam się też w sytuację bratowej.
Ot, tak. To rzucenie palenia też mnie zaokrągliło.

Od 12 listopada się odchudzam :)

PS. Czy ta kaszkowata wysypka mogłaby zejść z mojego ryja? Rozumiem, coś mnie uczuliło, kupiłam sobie Alertec i piję wapno, ale cholery już dostaję!

   26 października 2008, 22:22 - niedziela
komentarze: 0
goście, goście

Nowe mieszkanie to oczywiście korowody zwiedzających. Mieliśmy więc oficjalną parapetówę, spotkanie dla starszyzny z mojej strony, spotkanie dla starszyzny z Tomka strony, wizyty rodziców, wizyty rodzeństwa, indywidualne spotkania z przyjaciółmi i wizyty znajomych. Te ostatnie jeszcze się nie skończyły :) W zasadzie każdy weekend mamy zajęty w związku z wizytacjami. Absolutnie mi to nie przeszkadza - mam okazję wyżyć się kulinarnie, upiec albo ugotować coś dobrego.

Dzisiaj też mieliśmy gości - kolegę Tomasza z technikum z narzeczoną. 14 butelek po Noteckim stoi za moimi plecami, a na parapecie nowy kwiatek - skrzydłokwiat. Dlaczego wszyscy przynoszą mi kwiaty w doniczkach? Zawsze zaklinałam się, że ich nie cierpię i nie chcę mieć, a teraz stwierdzam, że w sumie ładnie wyglądają. Mam dwa storczyki, skrzydłokwiata, paprotkę i komplet 3 kwiatów w koszyczku, jaki dostałam, gdy odchodziłam z miejsca stażu. Nadal podchodzę do tych roślinek jak do jeża, ale chyba powoli się przyzwyczajam... byle by to przeżyły.

A poza tym to czas zmienił się nareszcie na zimowy, dzięki czemu nie ma jeszcze 22, a mój organizm i tak woła mnie do spania. Dobranoc zatem. Świat po 8h snu będzie na pewno wyglądał dużo lepiej.

   23 października 2008, 21:19 - czwartek
Je ne regrette rien.

Tymczasem (borem lasem) minęły 4 lata odkąd znam mojego małżonka. W domu zastałam z tej okazji bukiet tulipanów i karteczkę "canneloni będzie na kolację :*".

Wyrobił się chłopak. Z punkowca - romantyk.

Małżeństwo to zdecydowanie stan do któego jestem stworzona. O ile oczywiście ma trochę małych druczków np. "każdy musi czasem odpocząć od współmałżonka", "jeżdżenie do Matki dozwolone", czy "zmywamy naprzemiennie". I choć gro osób nie może się przyzwyczaić do naszego stylu bycia i sposobu, w jaki się do siebie zwracamy ("spierdalaj Kochanie"), to definitywnie jesteśmy małżeństwem szczęśliwym.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od jednego telefonu, że miałam 20 lat, że oficjalnie byłam z kimś innym. Hihihi.
O innych "że" nie wspomnę przez wzgląd na przyzwoitość. Za siedem dni kolejna czwarta rocznica ;)

   23 października 2008, 20:00 - czwartek
komentarze: 0
fakty po faktach

Do bardziej sensacyjnych wiadomości z czasu nieobecności blogowej należy bez wątpienia rzucenie przeze mnie palenia. Mój super program Quitomzilla mówi mi, że nie palę już 4 miesiące, tydzień i 4 dni, a ponadto wylicza, że zaoszczędziłam już prawie 600zł (nie uwzlęgniając ostatnich podwyżek cen niebieskich Camelków) i nie wypaliłam ponad półtora tysiąca fajek. Bez wątpienia takie liczby działają na wyobraźnię, szczególnie kasa. Po przekroczeniu kolejnych zaoszczędzonych pełnych setek kupuję sobie jakiś drobiazg. A to, co wydałam na plasterki antynikotynowe już mi się zwróciło. Jest więc całkiem nieźle. Udało mi się już nawet upić się dokumentnie bez papierosa, a to jak dla mnie spore zwycięstwo. Zobaczymy, co będzie dalej. Aktualnie mam fazę tęsknoty za poranną fajką w drodze do pracy. Wilgotne, zimne powietrze, dym aż gęsty i ten niesamowity jesienny smak. Wiem, brzmi dziwnie, ale każdy palacz wie, że palenie jesiennym porankiem to jest to. A ja też jestem palacz i do końca życia będę. Jak anonimowy alkoholik. Tego się nie leczy.

Inną niesamowitą wiadomością, którą mogłam upublicznić dopiero po napisaniu poprzedniej notki jest fakt, że zostanę Ciocią za jakieś 8 miesięcy :) Mój średni braciszek i bratowa M. po roku starań ogłosili radośnie wygraną. Cała rodzina się cieszy, a ja dodatkowo zagryzam palce starając się zakopać mój instynkt macierzyński. Niestety, tak od pół roku cierpię na niesamowicie intensywną potrzebę posiadania dziecka. Noworodka. Zaraz. TERAZ. JUŻ. Stan faktyczny jest jednak taki, że musze poczekać jakieś trzy lata. Przyjmując się do obecnej pracy powiedziałam, że nie będę się zaraz rozmnażać, dodatkowo zaproponowano mi sfinansowanie moich wymarzonych dwuletnich studiów podyplomowych od przyszłego października. Diagnosta laboratoryjny jest chyba wart tego małego poświęcenia. Małego? Zobaczymy, co będzie jak M. urodzi. Jeśli przeżyję kontakt z maleństwem, to dam radę i ze studiami. Jeśli dostanę totalnej amby to nie będzie dla mnie ratunku.

Praca jest od pierwszego siepnia, w jednym z poznańskich szpitali, jak już pisałam. Wykonuję badania genetyczne, czyli robię dokładnie to, czego nauczyli mnie na studiach. Teoretycznie jest to wspaniałe, praktycznie trochę mniej. Nie dość, że na razie muszę koegzystować z moją koleżanką ze studiów, co - w obliczu naszych odmiennych charakterów - nie jest proste, to jeszcze mam mało pracy w pracy. A ja bardzo nie lubię się nudzić. Jestem dość szybka i efektywna, więc zaległości po poprzedniczkach wykonałam w trzy tygodnie. Ludzie, badajcie się!

Bardzo tęsknię za moim poprzednim miejscem pracy, a konkretniej stażu. Gdybym mogła wrócić do swojego działu, nie wahałabym się długo. Tam, co prawda nikt mi nie zapłaci za studia ale ludzie, atmosfera i specyfika pracy bardziej mi odpowiadała. Podejrzewam, że jest to syndrom pierwszej udanej pracy. Nieważne. Tęsknię cholernie do dziewczyn, do działu patologii, do Salmonelli. Jak w obecnej pracy robię naważki do żeli w dziale mikrobiologii to z sentymentem wącham jeszcze ciepłe podłoża do posiewów.

Że nie wspomnę o tym, że z obecnego mieszkania miałabym bliżej do miejsca stażu. Z mieszkaniem jest długa historia. Wiedzieliśmy, że z naszego wynajmowanego się zmywamy, bo właściciel zamierzał je w październiku sprzedać. A, że jego cena była bardzo nieadekwatna do jakości mieszkania, to zrezygnowaliśmy. Natrafiło się mieszkanie znajomych, na Winogradach. Dobry stan, 3 malutkie pokoje, przyzwoita cena. Kilka wizyt w bankach ujawniło jednak nasz rażący brak oficjalnej zdolności kredytowej. Bezrobotna i przedsiębiorca, który miał duże koszty to nie jest dobry target. Otrzymaliśmy wsparcie rodziny, niegdyś nazwano by to żyrowaniem, lecz w międzyczasie mieszkanie się sprzedało. To zaczęliśmy szukać. Miało być trzypokojowe, tanie, nisko, najlepiej na Ratajach ;)

Wyszło trzypokojowe, na 11 piętrze, na Grunwaldzie. Ale za to z układem dokładnie takim jak u moich Rodziców. I w perfekcyjnym stanie, po remoncie. I z wieeeeeelką szafą zabudowaną na korytarzu.

Tak więc, od 1 września mieszkany na swoim. I będziemy za to płacić przez 30 lat. Warto. I mamy widok na cały Poznań.

mieszkanie5.jpg 

   20 października 2008, 18:51 - poniedziałek
matrix reaktywacja

W mordę jeża, ale ten czas ucieka.

Pisze do Was mężatka z ponad rocznym stażem, młodszy asystent w laboratorium poznańskiego szpitala, posiadaczka własnego mieszkania na Grunwaldzie i generalnie bardzo szczęśliwa kobieta.

Poukładało się wszystko, pod linijkę marzeń i zamówień.
I choć każdy chciałby mieć zawsze ciut więcej, niż ma, ja też, to jest naprawdę dobrze.

Tylko przytyłam jak świnka, ale ciii ;)
Martix reaktywacja. Stay tuned.